Strony

"Albowiem to, co raz zostało zobaczone, nigdy już nie powróci do chaosu." Vladimir Nabokov

środa, 26 maja 2010

Egipt. W drodze do Łaźni Kleopatry.

Dawno nie pisałam, i jeszcze nie mogę się za bardzo do tego zabrać bo primo: moje problemy nie mijają i nie wiadomo kiedy miną, secundo, koniec roku się zbliża i pisanie teczki na dyplomowanego wisi nade mną niby miecz Damoklesa, więc roboty mam na 48 godzin na dobę. A po tertio pogięło mnie dzisiaj i z karkiem przekrzywionym trudno usiedzieć, ale się stęskniłam, i nawet o dziwo ktoś tu zagląda. Dla tego pisać za dużo nie będę, ale zdjęcia wrzucę.
Z drogi, która prowadziła od wyroczni Siwa, biegła obok świątyni Amona (mocno nadgryzionej zębem czasu), do Łaźni Kleopatry. Drogi, która przebiega ponad setkami lat, upływającymi jak nurt rzeki, tylko, że ciszej, konsekwentniej i jeszcze bardziej nieubłaganie...





















sobota, 15 maja 2010

Egipt. Wyrocznia prawdę ci powie...

Wyruszamy do Aghurmi. Ten sam powożący chłopiec, inny osiołek. Wczorajszy okulał. Powiedziałam, że wynajmiemy inny wózek, jeśli nie zmieni biednego zwierzaka. Zmienił. Jednak okazuje się, że jestem marudną turystką, bo nie pozwalam dźgać tego kłapoucha grubym kijem. Taki tu zwyczaj popędzania. Jestem zła widząc krew na siwej sierści. Bardzo zła. Od tego momentu jedziemy wolno, ale to nic, przecież nigdzie nam się nie śpieszy. Piaszczysta droga prowadzi przez gęste palmowe gaje. Siwa to daktylowe zagłębie. W sklepikach można kupić te spreparowane, nadziewane migdałami i słodkie owoce. Wzdłuż drogi latarnie, wszędzie, nawet poza wioskami oazy. Są fantazyjnie powyginane.  Przypominają mi bajki Miyazakiego. I zapewne gdy zapada zmrok, w ich świetle pojawia się jakiś tutejszy, egipski Totoro. Na szczęście nie padają tu deszcze jak w Japonii i nie musi mieć liścia zamiast parasolki. Palma kiepsko by się do tego nadawała. Jestem nimi zauroczona i żałuje, że nie zobaczymy ich nocą. 

Docieramy do wzgórza na którym znajdują się ruiny pierwszej ufortyfikowanej osady. Musimy kupić bilet i wytargować naszą legitymacyjną zniżkę, które obowiązują w całym Egipcie do wszelkich zabytków pozostających pod kuratelą państwa. Nie zjednuje to nam sympatii. Trudno. Muszę pilnować naszych finansów. Idziemy jedyną ścieżką pod górę. Jest tylko jedno wejście, jedna brama, a w środku pozostałości po jednej studni, dzięki której można było się tu bronić wiele dni. Towarzyszy nam duch Aleksandra Wielkiego, niegdyś przybywający tu na spotkanie z wyrocznią Amona. Wielki Aleksander, zapewne skrzętnie ukrywający w zakamarkach swojej duszy tego małego, nieutulonego i być może zalęknionego Aleksandra, pragnął utwierdzić się w swojej potędze, boskości, a zarazem udowodnić światu, że jest synem samego Zeusa. Czy mu się to udało? Nie wiadomo, ale coś sprawiło, że chciał zostać pochowany tu, w pobliżu wyroczni. 

Wychodzimy na zewnętrzne mury, z wysoka podziwiamy panoramę. U naszych stóp współczesne Aghurmi. Dalej setki palm i lśniące bielą w słońcu, słone jeziora. Pewnie równie piękny widok podziwiał Aleksander, może jeziora były rozleglejsze, gaje nie tak gęste. Ale na pewno sprzyjały rozmyślaniom nad tym, co padło z ust wyroczni. Nad ważeniem losów przyszłych i decyzji, by ten los przyjąć lub odrzucić. Kto może zresztą wiedzieć, czy nie słuchając wskazówek i zmieniając pod ich wpływem swojej drogi, nie przypieczętowujemy tego, co stać się właśnie powinno. Czy przepowiednia tak naprawdę nie staje się katalizatorem przeznaczenia, które ma się wypełnić... Czy suchy wiatr, który dociera tu znad pustyni Libijskiej, może dać nam na to odpowiedź?...




































Egipt. Wieczorem w oazie Siwa... cz2

...tańczą palmy
szeleszczą
powiewają wielkimi wachlarzami liści

muszla mojego serca powtarza
jazgot piany roztrącona srebrno
— gaśnie
tonę w egzotyce moich
osobnych słońcem
prześwietlonych myśli...
                 (Halina Poświatowska)

I jeszcze czasem zastanawiam się czy to było, czy nie jest wyobrażeniem jedynie... Czy wówczas śniłyśmy, czy teraz zasnęłyśmy i obudzić się nie możemy... Tylko słonce jak co dzień stacza się w niebyt... Niezmiennie...




















sobota, 8 maja 2010

Egipt. Wieczorem w oazie Siwa...

A gdy cierpliwości nam starczy, gdy zapomnimy o pośpiechu, zatrzymamy szalony bieg czasu... Przestaniemy chcieć szybciej, więcej... Gdy będziemy potrafili usłyszeć nie tylko siebie, ale ludzi wokół... Gdy znów nauczymy się patrzeć z uwagą... Świat nas wynagrodzi szelestem palmowych liści, zapachem dojrzewających daktyli, jabłkowego tytoniu i otuli nas złoto rudym szalem na dobranoc...





















piątek, 7 maja 2010

Egipt. Wycieczki po oazie Siwa.

Drugiego dnia jesteśmy umówione z chłopcem, który nas przywiózł do hotelu z dworca autobusowego. Około trzynastoletni, uśmiechnięty, w błękitnej galabiji,  pochwycił nasze bagaże tuż po wyjściu z autobusu. Bez problemu zawiózł nas tam gdzie chciałyśmy, czyli do hotelu Shally. Aczkolwiek upewnił się czy nie chcemy do hotelu Youssef. Nie chciałyśmy. No cóż turyści nie zawsze bywają mądrzy, a czasem są wręcz głupio uparci. Nawet znalazł człowieka, który się opiekował tym interesem. To znaczy pobierał opłatę, wydawał klucz i pokazywał pokój. Zaprowadził nas do jednego, ale my chciałyśmy z łazienka. Z rozbrajającym uśmiechem i trudem (nie znał angielskiego) upewnił się czy jesteśmy o tym przekonane i posłusznie nas zaprowadził do innego pokoju. Miał balkon, dwa łóżka, dwie malutkie szafeczki, ściany brudne i jakby obryzgane (nie chciałam dochodzić czym), ale miał swoją łazieneczkę (o zgrozo). Językiem migowo-angielskim poprosiłyśmy o zmianę wiekowej pościeli, otrzymałyśmy tę z poprzedniego pokoju. Po czym człowiek ten gdzieś się ulotnił i naprawdę rzadko go widywałyśmy. A jak już wspominałam wcześniej, hotel stał pusty i otwarty na oścież. Co do łazienki - okazała się koszmarem, racząc nas feerią zapachów o jakiej z reguły się nie marzy, a ja zamieniłam się w hydraulika, co chwilę naprawiając spłuczkę.

Ale na początku byłyśmy naprawdę zauroczone Siwą (do puki nas ten hotel nie dobił). Umówiłyśmy się na wycieczkę po południu na Birkat Siwa, by podziwiać słone jezioro o zachodzie słońca.


Słona woda podchodzi w Siwa coraz wyżej, zalewa korzenie roślin, które gniją, umierają. osadza się białym kożuchem na ziemi wokół jezior, a nawet kałuż. Stąd w Siwa czasem okrutny zapach.






Na brzegu jeziora przygotowane są stoliczki, można usiąść przy herbatce, można zapalić sziszę, można zjeść zerwanego z palmy, słodkiego daktyla. Dałam się skusić, a później tylko zastanawiałam się ile ameb spożyłam. Żadnych jednak objawów posiadania tego stworzonka nie miałam i nie mam do dnia dzisiejszego.


A tu umilałyśmy sobie oczekiwanie na zachód słońca nauką wyplatania żyrafy z liści palmy,
















nauką języka arabskiego,




oraz wspinaniem się na palmy...




LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...