"Albowiem to, co raz zostało zobaczone, nigdy już nie powróci do chaosu." Vladimir Nabokov

czwartek, 14 lutego 2013

Z dala od turystycznej trasy czyli jak pojechałyśmy do Adany

Miejscem, które wzbudzało największe zdziwienie, gdy mówiłam o naszej dalszej podróży, była Adana. Nawet jeśli chodzi o samych Turków. Bo cóż turyści mogą oglądać w Adanie?? Przemysłowe, półtoramilionowe miasto, ruch, hałas, spaliny, doprawdy nic ciekawego do oglądania. A jednak. Jeszcze w Polsce przeczytałam o Sabanci Merkez Camii, czyli o największym meczecie w Turcji, a kto wie czy nie na całym Bliskim Wschodzie. Razem z Ines postanowiłyśmy go zobaczyć.




W ramach oszczędności wybrałyśmy nocny przejazd wygodnym autokarem i przed południem byłyśmy na miejscu. Gdy wysiadłyśmy od razu powalił nas upał, a tu trzeba było odnaleźć hotel. Ruch i ilość ludzi przytłaczała, ale nic to. Ciągnęłam moje zmaltretowane i głodne dziecko za sobą, twardo postanowiwszy, że najpierw zrzucimy nasze tobołki, weźmiemy prysznic, a później dopiero, jak ludzie pójdziemy coś zjeść. Rozpytywałam o drogę, dzierżąc w dłoni wydrukowaną z google, mało przydatną mapkę, A że Turcy to naród skory do pomocy, więc od razu znalazł się mówiący trochę po angielsku przedstawiciel płci męskiej, o dorodnym, czarnym wąsie. Opowiedział nam jak to jeździł do Niemiec i tam stał się światowym człowiekiem. Nasza kawalkada wzbudzała zainteresowanie, faktycznie nie widziałyśmy tu innych turystów.




Nasza marszruta nie bardzo zgadzała mi się z mapką, ale na moje nieśmiałe uwagi pan reagował bardzo żywo, uświadamiając mi, że on wie najlepiej i zaprowadzi nas do samych hotelowych drzwi. Po jakimś czasie wleczenia się przez coraz bardziej rozpaloną, zalaną słońcem ludźmi i samochodami ulicę, trafiliśmy do zupełnie innego hotelu. Chciałoby się rzec - a nie mówiłam. Ale zmilczałam, łypnęłam jeno - niewdzięcznica taka - na pana i ruszyłam z powrotem ciągnąc za sobą biedne dziecko. Po jakimś czasie dogonił nas nasz pomocny Turek i dalej nas przepraszać, że się pomylił, ale nic to, bo wrócimy na ulicę z której wyszliśmy i on się tam dowie i nas zaprowadzi. Ruszyliśmy i tylko jakoś tak zęby mi zgrzytały, a pot lał się z czoła. Nasz przewodnik rozpytał się i poprowadził nas dalej. Jak mogłam przypuszczać, jeszcze raz w tym samym kierunku i po kolejnych dwudziestu minutach, skręciliśmy w małą, boczną uliczkę. Okazało się, że dwa razy minęłyśmy wcześniej nasz hotel. Pan kłaniając się, cały w pąsach i uśmiechach, zrobił szybki w tył zwrot i już go nie było. Nawet nie zdążyłyśmy podziękować. I tak po półtorej godziny dotarłyśmy na miejsce. Musiało to ciekawie wyglądać - dwie objuczone kobiety miotały się po głównej ulicy tam i nazad. 



A o meczecie więcej następnym razem. Dziś tylko proszę sobie pooglądać. Nieprawdaż, że imponujący i piękny :)




























4 komentarze:

wkraj pisze...

Robi niesamowite wrażenie. Nigdy nie byłem w meczecie, ale na pewno taka budowla by mi się podobała.

W drodze... pisze...

Wkraju, musisz kiedyś spróbować :) Na pewno spodoba Ci się również atmosfera :)

myszabe pisze...

Imponujące miejsce, piękne fotografie. A tym autokarem to skąd?

W drodze... pisze...

Myszabe, dziękuję za odwiedziny i miłe słowo :) Autokar wyjeżdżał z Antalyi :)Mam nadzieję, że jutro dorzucę coś z tego meczetu :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...