"Albowiem to, co raz zostało zobaczone, nigdy już nie powróci do chaosu." Vladimir Nabokov

piątek, 9 sierpnia 2013

406. Tbilisi - spacer pierwszy i wizyta w Kaszweti.

Zabieram Was na pierwszy spacer po Tbilisi. Nie chciałabym zanudzić nikogo wyłącznie informacyjnymi postami. Od razu też zaznaczę, że nie będą to wyłącznie spacery po Gruzji  Katarzyny Pakosińskiej, którą możemy zobaczyć w "Tańczącej z Gruzją" lub przeczytać o niej w książce "Georgialiki". Chciałabym pokazać ją taką jaką widziałam, nie tylko jej blaski ale i cienie. Nie będzie to również Gruzja Marcina Mellera z "Gaumardżos". Nie miałam tego szczęścia odwiedzać w tym kraju przyjaciół czy chociażby znajomych. Nie bywałam na suprach, a gościnność która jest przez niego opisywana, powoli już zanika, wypierana przez czasem wręcz drapieżne nastawienie na zarobek z turystyki. Co oczywiście jest zrozumiałe zarówno przez sytuację ekonomiczną ludzi, jak i zmiany będące zwyczajnym znakiem czasu.

 Gruziński krzyż


Nie wiem jak Gruzję widzą turyści zorganizowani, ale indywidualni, których spotykałam po drodze, a którzy gnani byli tu inspiracją płynącą z tych dwóch sztandarowych książek, byli z reguły nieco rozczarowani odmiennym obrazem. Choć rozczarowanie nie jest tu właściwym słowem. Gruzja jest bardzo interesująca, pełna pięknych zabytków, niezwykłych miejsc, czy krajobrazów, które zapierają dech. Spotkacie też naprawdę życzliwych, serdecznych, otwartych ludzi. Ale poszukajcie najlepiej "swojej" Gruzji, poszukajcie w niej siebie. Te nieomalże 70 000 km kwadratowych, to pełna gama kolorów, blasków i cieni przestrzeń. I dajcie sobie czas na zejście z utartych szlaków, żeby ją lepiej poznać.

Pierwszy raz Tbilisi zobaczyłam o 4 nad ranem, jadąc ze Zwiadem z lotniska do domu Tiny. Byłam speszona swoją nieudolnością w rozmowie po rosyjsku. Słowa tak trudno powracały z pamięci i przez cały pobyt bardzo żałowałam, że nie przyłożyłam się bardziej do nauki tego języka w szkole, a przed wyjazdem czas mi nie sprzyjał. Nie mam też zdjęć z tej jazdy, ale uwierzcie, nocą Tbilisi tonie w światłach. Kocham miasta nocą, a to było wyjątkowe zjawisko - jak obsypane lśniące klejnotami.

Natomiast pierwszy spacer, w upalne południe, wiódł mnie od Placu Wolności, gdzie wymieniłam dolary na lari (mniej więcej kurs oscylował około 1,645 za dolara, około 2 zł za 1 lari), przez ulicę Rustaweli pełną pędzących samochodów (Gruzini jeżdżą często z ułańską fantazją), hałasu,  klaksonów. Na Rustaweli weszłam do parku, zwabiona walczącymi koncertowo z tym ulicznym, mechanicznym jazgotem, cykadami. Tak mi brakuje cykad, od Japonii, uwielbiam je, ale tu niestety nie dało się zbyt długo wysiedzieć, żar lał się z nieba i zgiełk cywilizacji niestety wygrywał z naturą.





Później, na przeciw monumentalnej bryły parlamentu, po drugiej stronie ulicy, w dole, jakby przykucnięty, był mały, prawosławny kościółek - Kaszweti. To stosunkowo nowa budowla, z 1910 roku, ale pierwszy kościół pochodził z V wieku. Z tego też czasu pochodzi legendarny czarny kamień. Otóż jedna z zakonnic, gdy zaszła w ciążę, oskarżyła o przyczynienie się do tego, świętego mnicha, Dawida  Garedżę. Jednak gdy ludzie chcieli go za to ukarać, on powiedział do zakonnicy, że jeśli jest ojcem, urodzi dziecko. Jeśli kobieta kłamie, urodzi kamień. Tak też się stało, a kamień położono pod budową nowego kościoła. Kaszweti znaczy urodzić kamień.



Dla mnie to miejsce ma duszę, dobrą energię. W kościołach prawosławnych nie ma ławek jak w naszych, to zawsze jakieś jedna albo dwie, znajdą się pod ścianą. A ja lubiłam sobie przysiąść cichutko i obserwować ludzi. Do tego kościółka jeszcze wróciłam po moim powrocie do Tbilisi.


Na uboczu, bez zbędnego zamieszania, ksiądz rozdaje jedzenie młodzieży. I wcale nikomu nie przeszkadza to, że siedzą cicho i jedzą w świątyni.


Po drugiej stronie ludzie cierpliwie czekają w kolejce, nie wiem czy do spowiedzi, czy porozmawiać, poszukać rady. Tu często ludzie spotykają swoich kapłanów. Rozmawiają z nimi na ulicy, w kościołach. Zawsze brodaci patriarchowie przystają, mają czas, wysłuchują, doradzają, błogosławią. Nawet idąc ulica robią znak krzyża nad głowami mijających ich ludzi. A nawet zatrzymują samochód, by zapytać błąkającą się z aparatem turystkę,  skąd jest i czy nie potrzeba jej pomocy, a na koniec również pobłogosławić.






W kościołach prawosławnych nie mogłam się oprzeć magii zapalanych świec. Sama kupowałam, to jedyne 50 tetri za te cieniutkie, delikatne jak łodyżki kwiatów. Zapalałam je potem za mój szczęśliwy powrót, za bliskich. Szkoda, że u nas nie ma takiego zwyczaju.






Chrzcielnica. Później udało mi się fotografować i chrzciny i śluby (pokażę później). Przyszło mi do głowy, że chciałabym zrobić kiedyś cykl fotografii - ceremonie w różnych religiach. Czy będę na to miała fundusze i możliwości? - czas pokaże. Ale chciałabym, bardzo.


Kościół ma też drugi poziom, niższy, ciemniejszy, bardziej intymny. Trzeba wyjść na zewnątrz i prawej stronie znajduje się wejście.












6 komentarzy:

ADRIAN pisze...

How your style of photography has changed over the years.
I always like to admire your images and they are good but better these days for being slightly disturbing. Thought provoking may be a better expression.

Bozena pisze...

Dziękuję za interesujący reportaż i ciekawe zdjęcia! Pozdrawiam!

W drodze... pisze...

Thank you Adrian so much. Your opinion is very important for me :)

W drodze... pisze...

Bożeno, ależ nie ma za co :) Bardzo się cieszę, że Ci się podobało. Również Cię pozdrawiam :)

monika jall pisze...

Wdpanialy reportaz! Czytam, ogladam i sie zachwycam. Zdjecia interesujace, szczegolnie to z trzema kobietami na schodach.

Hilario pisze...

Awesome!

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...