"Albowiem to, co raz zostało zobaczone, nigdy już nie powróci do chaosu." Vladimir Nabokov

środa, 14 listopada 2012

O łamaniu zakazów i praniu pieniędzy. Czyli z przekorą w Pamukkale.

Tak, tak. Gdyby kózka nie skakała, tudzież nie lazła tam, gdzie nie wolno, to nie musiałaby prać, a następnie suszyć kasy.


Ale złe podkusiło w Pamukkale. Cóż zrobić, jak Bozia chce kogoś pokarać to mu rozum odbiera.
Przyjechałyśmy z Kusadasi popołudniu tureckim Pekaesem, którym to można jechać prosto do nieba. Ulokowałyśmy się w hoteliku Ozbay, zapoznałyśmy się z ofertą żywieniową tej miejscowości i podjęłyśmy decyzję, że wobec koszmarnej ceny za bilety wstępu do Parku Narodowego z unikalnymi wapiennymi trawertynami (20 Tl czyli około 10 euro), możemy bilety kupić tylko raz. Cud natury udostępniony jest 24 godziny na dobę, więc nasz wybór padł na poranek. Oczywiście ze względu na światło konieczne do świetnych fotografii jakie zamierzałam poczynić. Niestety kobieca orientacja w terenie, brak wyczucia kierunków geograficznych zgubiły mnie nieco. Podczas zachodu słońca, tarasy mienią się tysiącem odcieni różów, pomarańczy czy żółcienie, natomiast o wschodzie uparcie tkwiły w głębokim cieniu. 


Przynajmniej o godzinie szóstej było pusto, cicho, przyjemnie. Panowie strażnicy sprzedali nam bilety, po czym zapadli ponownie w sen. Za nami wszedł jedynie młody chłopak z dziewczyną. Białe zbocze przecinała pnąca się w górę droga. Dzieliła również tarasy na te suche, poplamione zielonymi glonami i żółto-rdzawym nalotem, oraz te piękne, wypełnione po brzegi sączącą się woda. Na bosaka, bo tylko tak można zwiedzać to miejsce, zmierzałam w kierunku biało turkusowej wody. Zafiksowałam się na zdjęciach. I wówczas złe wlazło we mnie. Zepchnęłam w nicość wyrzuty sumienia, zgasiłam czerwoną lampkę i rzuciłam do niewinnego dziecięcia - wspinamy się na górę! Podkasawszy ubranie zaczęłyśmy przechodzić z jednego basenu na drugi, wyżej położony. A para kolejnych turystów za nami. Dotarłyśmy już do połowy wysokości, woda cudna, mlecznobiała od wzburzonego wapiennego osadu. Śliskie  dno, jakby chodziło się po gipsowej masie, spowalniało tempo. W dłoni mocno trzymany aparat przygotowany do strzału, na ramieniu torba z naszymi najcenniejszymi rzeczami. Rozległy widok, cisza i pierwsze ptaszki świergolące w oddali.


Właśnie zaczęłam obfotografowywać Ines w pięknych okolicznościach przyrody, gdy nagle krystaliczne powietrze przeciął gwizd. Nie dotarł do mojej świadomości. Drugi już ściął mnie na białko, wywlókł z owej nicości moje sumienie na wierzch i to z impetem. Malutka sylwetka strażnika (byłyśmy dosyć wysoko) wyglądała nieco groźnie. Zaczęłyśmy schodzić w pośpiechu. W górę wchodzić łatwiej, w odwrotną stronę okazało się nieco trudniejsze, a gdy człowiek się śpieszy to..., to coś na pewno się wydarzy. I w kolejnej niecce nie stanęłam jak należy, noga pojechała po śliskim, wapiennym mule, a ja poleciałam do tyłu, znikając kompletnie pod wodą. Tylko ręka z aparatem, jak z karabinem, sterczała wysoko ponad powierzchnią. 


Pozbierałam się szybko z przerażeniem i jedną myślą - aparat! Dopiero później dotarło do mnie, że kilka centymetrów dalej, a moja głowa rozbiła by się o krawędź tego tarasu jak orzeszek. Drugą rzeczą, która mnie sparaliżowała po dotarciu na dół, na ścieżkę, była wylewająca się strumieniem z torby, woda. Cała wyglądałam jak biały topielec, sukienczynka, przed chwilą koloru koralowego, smętnie oblepiła moje ciało. A podążająca za nami para turystów, wystraszona, pytała czy nic się nie stało. Tylko "góra" wie jak wtedy głupio się czułam. A strażnik dawno już sobie wrócił do budki na ciąg dalszy drzemki. Dziecię stało rozbawiona, bo ponoć genialnie wyglądałam znikając pod wodą, ale dzierżąc w dłoni Canona. 


Torba była całkowicie zalana, jednak cudem ocalały paszporty, karty do aparatu, tylko legitymację szkolną Ines zmyło. Komórka była lekko mokra, ale działała. Na to córcia - Moja też działała przez chwilę, jak mi ją morze zalało. Tfu, na psa urok - pomyślałam. W najgorszym stanie były jednak nasze finanse. Wyprane dolary zbiły się w jeden plik. Były jak paper mache. Przyznam, że widok ten nieco mną wstrząsnął. Poszłyśmy na słoneczny trawnik, jeszcze zupełnie bezludny. Nakazałam Ines pilnować, czy nikt nie nadchodzi, po czym delikatnie rozlepiałam banknot po banknocie, wycierałam ręcznikiem i układałam obok siebie. I tak suszyły się zielone na zielonej trawie. Później dosuszały się jeszcze w hotelu. A całą przyjemność poranka i luz diabli wzięli. Niestety dopiero po szkodzie człowiek zdaje sobie sprawę, że miał więcej szczęścia niż rozumu, i  że czasem warto się stuknąć w czoło, zanim pójdzie się gdzieś na przekór.


Taką Wam dziś historyjkę opisuję uderzając się w pierś,  świadoma swoich grzechów wobec natury i ze skrajnym czasem brakiem rozsądku. Ku nauce i przestrodze.





11 komentarzy:

lewym okiem pisze...

no wiesz nie wiem czy mam sie smiac czy byc powazna po pzeczytaniu tej przygody, no ale podroze bez przygody to jak ..... nie przytocze tu powiedzenia ktore mi akurat na mysl przyszlo ;) w kazdym badz razie cale szczescie , ze sie tak skonczylo :)no ale przygoda w pamieci zostanie na zawsze zwiazana z tym miejscem :) :) :)

wkraj pisze...

Pewnie dzisiaj się śmiejesz z tamtej przygody, ale w takiej chwili człowiekowi nie jest do śmiechu. A straty mogły być dużo większe i nie tylko materialne.
Za to zdjęcia masz wyjątkowe.
Pozdrawiam

Ajka pisze...

cóż za historia! Tragiczno-komiczna dzięki Twojemu poczuciu humoru i cudownemu rysunkowi który mimo całej dramaturgi rozbawił mnie setnie ;)
Pamukkale natomiast traktuję jako największe rozczarowanie Turcji. Tak zaniedbanego miejsca dawno nie widziałam...

Rebeka Rhan pisze...

Jednak warto było, bo zdjęcia prezentują się smakowicie i w połączeniu z rysunkiem rozbudzają wyobraźnię. :)

Mała Mi pisze...

Mam jednak wrażenie, że bardziej żałowałabyś gdybyś tego nie zrobiła... hm? :)


P.S. Kto jak kto, ale Ty - Podróżniczka - wiesz co nieco o powrotach :) Dziękuję!

W drodze... pisze...

Lewym okiem, właśnie takie rzeczy w podróży zapadają nam w pamięci najbardziej :) Nie zawsze chwalebne :)

W drodze... pisze...

Wkraju, święta racja, kompletnie nie było mi wówczas do śmiechu :)

W drodze... pisze...

Ajko dzięki za komplement :) Co do Turcji, to ta warta zobaczenia zapewne zaczyna sie dopiero za Goreme, albo nawet za Adaną

W drodze... pisze...

Rebeko Rhan, bardzo dziękuję, ale mam i tak wyrzuty sumienia. Zawsze potępiałam takich turystów łażących i zadeptujących wszystko :)

W drodze... pisze...

Mała Mi, a to prawda, zawsze nie zrobione zdjęcia dręczą nas najbardziej.

Travelling Milady pisze...

Za to jakie wspomnienia:) A czego się nie zrobi dla dobrego ujęcia...

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...