"Albowiem to, co raz zostało zobaczone, nigdy już nie powróci do chaosu." Vladimir Nabokov

czwartek, 25 października 2012

Koń jaki jest każdy widzi.


Ale koń czystej krwi arabskiej to wyjątkowe zjawisko.



 O tym za chwilę. Najpierw muszę przeprosić czytelników. Przeraził mnie fakt, że ostatni wpis był w sierpniu. Ale to nie lenistwo, mogę dodać na swoje usprawiedliwienie, choć bardzo nie podoba mi się, że po raz kolejny usprawiedliwiam się. Przez to mam jeszcze większe wyrzuty sumienia. Chciałam dobrze, a wyszło jak zwykle. Chciałam pisać częściej, a zamilkłam. Rozpoczął się rok szkolny (dobrze, że ponownie dla mnie się rozpoczął) i niestety w pisaniu swojego bloga poległam. Bo taką złą kobietą (i zapracowaną) byłam, jestem, i jeszcze będę. Nie, nie obiecuję poprawy, bo jeśli znów ucichnę to wstyd i kac psychiczny będzie jeszcze większy.



Spróbuję być nieco bardziej systematyczna. Obowiązkowa. Tak naprawdę to tęsknię za moim pisaniem, fotografią, a przede wszystkim Wami i zaprzyjaźnionymi blogami, których tak dawno nie odwiedzałam. 



Tak… Koń jaki jest, każdy widzi… Poudawajcie troszkę, że nie widzicie mnie kompletnym leniem.

Natomiast jeśli chodzi o konie czystej krwi arabskiej, to istoty iście bajkowe, Nie bez przyczyny mówi się w krajach arabskich, że stworzone zostały przez Allaha z garści południowego wiatru. Gdy Allah pozwolił położyć kamień węgielny pod świątynię w Mekce, podarował araba Abrahamowi i Ismaelowi. Natomiast syn Ismaela I Haggar był pierwszym człowiekiem, który jeździł konno.  Beduini o koniach tych układali poezje, a prorok Mahomet obiecywał „niebo pełne niewiast i koni”. Nawet istniało przykazanie by grzesznik utrzymywał konia, „a wszystkie jego grzechy odpuszczone mu będą”. 



I Polacy zakochali się tych eterycznych stworzeniach i sprowadzili je do kraju w XVIII wieku. Za co wdzięczna jestem Kajetanowi Burskiemu, Hieronimowi Sanguszce, Wacławowi Emirowi Rzewuskiemu. Dzięki nim mogłam pojechać do Janowa Podlaskiego i pokazać Ines araby. Stało się podobnie jak z flamenco, gdy po polskim, amatorskim występie moje dziecko wróciło zafascynowane, a ja uśmiechnęłam się do niej i powiedziałam, że pokażę jej prawdziwe flamenco. Co też uczyniłam w Andaluzji. Wcześniej zdegustowana moim lekceważeniem i krytyką, przyznała mi rację. Podobnie tą rasę trzeba poznać i przekonać się, że koń koniowi nie równy. Spojrzeć w bystre, inteligentne oczy, dotknąć delikatnych jak jedwab rozdętych chrap, dosiąść rwącego się do biegu, rozedrganego wierzchowca. A na dodatek to rasa, która bardziej niż inne przywiązuje się do człowieka, staje się jego przyjacielem i towarzyszem. Może to gdzieś tętniący w ich żyłach, wraz z krwią, oddech pustyni, pamięć zapisana w kodzie genetycznym, że pośród rozległych piasków i w skwarze słońca, nie tylko zwierzę może polegać na człowieku ale i człowiek na zwierzęciu.


















2 komentarze:

mama ammara pisze...

Kochana Urszulo,

te konie są rzeczywiście przepiękne, a dzięki Twoim fantastycznym zdjęciom i pięknemu tekstowi - zrobiły na mnie jeszcze większe wrażenie.

Dla mnie najważniejsze jest, że dałaś ślad życia i, że pracujesz, bo pamiętam jak bardzo dręczyła Cię wizja bezrobocia. Bardzo się cieszę, że praca jest :-), choć oczywiście życzę czasu na blogowanie i wiernie wyglądam nowych wpisów u Ciebie :-)

Ściskam :-)

W drodze... pisze...

Kochana Mamo Ammara :) Bardzo, bardzo Ci dziękuję za to, że jesteś tak wspaniałomyślna dla mnie marnotrawnej, która właśnie wróciła :) Bardzo dziękuję za Twoje cenne i ciepłe słowa. Wyrok bezrobocia został na rok zawieszony, ale nabrałam wiary (choćby tymczasowej), że i później będzie dobrze. Musi być nie ma wyjścia. :) Czytając Twój komentarz jeszcze bardziej chce się pisać :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...