Jednym z ważnych punktów w naszej podróży po Turcji była Bursa. A to z powodu jednego zdjęcia. Czarno białej fotografii meczetu Ulu Cami w książce Leszka Szczasnego "Świat na wyciągnięcie ręki" (o którym pisałam wcześniej). Meczet ten wydał mi się niezwykły, nietuzinkowy i bardzo chciałam go zobaczyć.
Bursa to miasto nieomalże tuż obok Istambułu. Dzieli je drogą lądową około 250 km, co jednak na odległości tureckie, nie jest żadnym dystansem. Jednak autokarem trzeba się najpierw przedzierać przez zatłoczone ulice Istambułu, zebrać wszystkich pasażerów z rozrzuconych po różnych dzielnicach przystanków. Następnie objechać Morze Marmara. Do tego wszystko w upał. Nie, my szukałyśmy jakiejś alternatywy, czegoś ciekawszego. I owszem, znalazłyśmy. Szybciej, bardziej interesująco, a zwłaszcza wygodniej. Nic prostszego, wystarczy wybrać prom i drogę morską.
Pojechałyśmy tramwajem na przystanek Askaray, tam jeszcze wymieniłyśmy walutę w kantorze, bo kurs w porównaniu do turystycznego centrum był rewelacyjny i w około piętnaście minut (z naszymi tobołami), idąc na południe Gazi Mustafa Kemal Pasa Caddesi, dotarłyśmy portu Yenikapi. Bilety na prom kupiłyśmy dwa dni wcześniej przy okazji sprawdzając ile czasu nam zajmie dojazd do portu, bo prom miałyśmy dosyć wcześnie. Prom był strzałem w dziesiątkę.Wygodny, przestronny i w miarę szybki. Dla osłody życia zakupiłyśmy sobie nawet ciasteczko :)
Po przypłynięciu musiałyśmy jeszcze przejechać z pół godzinki autobusem do centrum miasta, odnaleźć hotel Aksam, w małej bocznej uliczce i byłyśmy na miejscu.
Bursa nas oczarowała. Ta pierwsza stolica osmańskiego imperium tonie w zieleni i rozpościera się u stóp masywu Uludag. Jego najwyższy szczyt (ponad 2500m n.p.m.) uważany był przez Greków za mitologiczny Olimp. Jednak najbardziej ujęli nas ludzie, zwłaszcza po skomercjalizowanym Istambule. Tu turystów było niewielu, a mieszkańcy o wiele bardziej gościnni, serdeczni. W hotelu recepcjonistka miała dla nas serce na dłoni i bynajmniej nie było w tym interesowności, w restauracyjce, na bazarze zostałyśmy ciepło ugoszczone, a miasto pokazała nam młode małżeństwo, które poznaliśmy odpoczywając sobie na skwerku przy fontannach.
Polecam gorąco Pideli Kofte. Ciekawe jest podawanie do potraw gęstego jogurtu. Trudno też o potrawę bez pieczywa - tu pod smacznym mięskiem zanurzone w tłuszczyku grzanki. Milion kalorii ale jakie dobre :)
Moje dziecko jadło bardziej zachowawczo :)
Matki z aparatami fotograficznymi bywają często koszmarem swoich dzieci ;)
Bazar i okolice Ulu Cami
Kobiety tu ubierają się skromnie i najczęściej ubrane są w tego typu płaszcze, włosy ukrywają oczywiście pod upiętymi chustami.
W następnym poście zapraszam do wnętrza Ulu Cami :)


















