Strony

"Albowiem to, co raz zostało zobaczone, nigdy już nie powróci do chaosu." Vladimir Nabokov

niedziela, 31 października 2010

Castle Party, Bolków i piórko

Pewnego lipcowego dnia, na zamku w Bolkowie, przy dźwiękach muzyki gotyckiej, która rozlegała się w starych murach i komnatach, na rozległym dziedzińcu, pojawiło się kilka aniołków.


Jeden z nich znalazł różowe piórko. Pytanie do kogo to piórko należało? Do jakiej sukienki mogłoby pasować.


Aniołki rozpoczęły naradę.


Najstarszy aniołek przejął inicjatywę.


Musimy znaleźć anioła do którego należało to piękne różowe piórko - stanowczo postanowił.


Nie pozostało nic innego niż ogłosić poszukiwania. 
Różowoskrzydły anioł lub archanioł 
WANTED!

poniedziałek, 25 października 2010

Hiszpania. Kordoba i krótka wycieczka w przeszłość.

Wróciłam do zdjęć z Kordoby. Zatęskniłam za słońcem i beztroską. Za poczuciem wolności jaką dają podróże. Wrócimy więc do Hiszpanii, by kontynuować naszą podróż. Ale dziś moje fotografie inaczej. Meczet znajdujący się w jej centrum. Największy, najbardziej imponujący na terenie Europy. A właściwie meczet - kościół. Pierwszy rzut oka, pierwsze spotkanie.



 


I jeszcze jeden drobiazg. Bo wędrówki szlakami naszych wspomnień nie mają ograniczeń. Jesteśmy więc wciąż w drodze , w przestrzeni i w czasie. Znalazłam swoje stare zdjęcia, jeszcze z czasów na długo przed aparatami cyfrowymi, gdy bawiłam się w ciemni i eksperymentowałam. To taka próbka, słodka :) Przy naświetlaniu papier posypywałam kryształkami cukru. Zdjęcia robiłam sobie z samowyzwalaczem. Teraz jeszcze dodałam parę efektów - i oto moje wspomnienia. Jakże ja byłam młoda ;) I teraz pokazuję dziecku, przyznam, że z satysfakcją (szczypta próżności choć na momencik) - spójrz jaka kiedyś była mamusia :]






A tu film o II Wojnie Światowej ;)




niedziela, 24 października 2010

Austria. Piber i moja największa katastrofa fotograficzna...

Jak już dotarliśmy do Barnbach by podziwiać koścółek zaprojektowany przez Hundertwassera, to zapraszam niedaleko do pobliskiego Piber, małej wioseczki na południu Austrii. 

Od dziecka marzyłam by zobaczyć hodowlę lipicanerów o czym pisałam już w poście o moich końskich inspiracjach podróżniczych. Rasa lipicanskiej należą do klasy wytwornych, końskich Rolls-Royce'ów. Hodowane od 1580 roku w Lipicy (obecnie Słowenia) przez dwór cesarski Habsburgów. Po pierwszej wojnie światowej wybuchł spór o Lipicę i znajdujące się tam konie między rządem Włoch i Austrii. W efekcie czego podzielono stado na dwie części. Włosi dostali 109 koni a Austriacy 98. Wówczas drogocenne stado umieszczono w Piber. Jeszcze raz konie zostały przeniesione w inne miejsce, by ukryć je w czeskim Hostau. By ocalić je przed zakusami Niemców w czasie drugiej wojny światowej. Po zakończeniu wojny wróciły do Piber. Natomiast od lat demonstrują swoje talenty w Hiszpańskiej Wyższej Szkole Jazdy w Wiedniu. Konie są bowiem niezwykłe. Rodzą się kare lub gniade i ich maść (kolor) z wiekiem staje się coraz bielsza, tak by stać się wręcz śnieżnobiała w wieku dojrzałym. Są to konie również bardzo inteligentne, mimo swojego południowego temperamentu są posłuszne i chętnie się uczą, czemu sprzyja też ich bardzo dobra pamięć. Dlatego też są najbardziej cenione w pokazach wyższej szkoły jazdy. By zachować jak najdoskonalszą linię, do krycia używa się co roku dwóch najbielszych i najlepszych ogierów ze szkoły wiedeńskiej, sprowadzanych do Piber.

Przy okazji jednej z moich podróży przez Austrię, w końcu moje marzenie się po części ziściło. Byłam w Piber i miałam aparat. O poranku słoneczko łagodnie malowało okoliczne pagórki, długie cienie wędrowały przez łąki. A na szmaragdowej, letniej trawie jak białe obłoki pasły się stada klaczy z ciemnymi punktami hasających źrebaków. Nic tylko fotografować. Co też uczyniłam, utrwalając widoki wyobrażane sobie przez lata. I nie tylko wypas, ale też stadem spędzane konie z pastwisk, ławą wracające aleją do stajni na poranne karmienie. Miałam wszystkie te wyjątkowe ujęcia i czułam się szczęśliwa. W oczekiwaniu na godziny otwarcia stadniny dla zwiedzających, usiadłam sobie w wiejskim kościółku, gdzie też zrobiłam parę zdjęć. I wtedy coś mnie tknęło. Coś co umknęło mi w ferworze moich poczynań. Czy nie za długo trwa ten 36 klatkowy film (klisza)??? Zrobiło mi się ciemno przed oczami, a nogi się ugięły. Jeszcze raz przycisnęłam spust migawki, bacznie obserwując licznik. Nic. Żadnego ruchu, żadnej zmiany numeracji. Dotarło do mnie boleśnie - w aparacie nie miałam kliszy! Trudno opisać co wówczas poczułam. Otwarła się pode mną otchłań, czeluść czarna i przepastna. Chciało mi się płakać i długo siedziałam w półmroku kościółka by się z tego szoku otrząsnąć. Oczywiście wszystkie zdjęcia następne, które zrobiłam, w żaden sposób nie zdołały zastąpić tamtych, magicznych. Ujęć wymyślanych przeze mnie latami i tak szczęśliwie wykonanych pustym niestety aparatem. Niestety, do tej pory nie udało mi się naprawić tej straty. Ale dopóki my żyjemy... I może kiedyś uda mi się wypróbować lipicanery pod siodłem :)

Dodam jeszcze, że stadnina jest sterylnie czysta a koni nie można dotykać.

















A koniki proszę państwa są spokooojne...








A tu nie wykonane przeze mnie zdjęcie z pokazów jazdy:

 [żródło zdjęcia: Internet]


czwartek, 21 października 2010

Austria. Wiedeńskie kamienice Hundertwassera i manifest pleśni.

Po zobaczeniu kościółka w Barnbach, wiedziałam, że Hundertwasser to naprawdę niezwykła osobowość. Bo jak nie docenić kogoś, kto w ten sposób widzi linię, barwę, naturę, współistnienie z przyrodą, architekturę. Wówczas artysta jeszcze żył. Zmarł w 2000 roku. Jego dom w Wiedniu udało mi się (w pośpiechu wycieczkowym) zobaczyć dopiero w tym roku. Chciałabym kiedyś sfotografować wszystkie jego dzieła, by pokazać je ludziom i nie miałabym nic przeciwko zamieszkaniu w jednym z takich zarośniętych zielenią domów.

Friedensreich Hundertwasser
[źródło fotografii: Internet]

Hundertwasser to zagorzały obrońca natury i bojownik przeciwko racjonalizmowi, wszystkiemu co niszczy naturę, przeciwko Unii Europejskiej, liniom prostym i symetrii. Twierdził, że człowiek ma pięć skór:
  • naturalną - której nie wstydził się odsłaniać podczas wygłaszania manifestów. 
  • ubranie - szył sobie sam, włącznie z butami i skarpetkami (te nosił nie do pary - tak nie symetrycznie), a jego marynarki były pogniecione w celu zlikwidowania linii prostych.
  • dom - każdy powinien tworzyć sam, na własną miarę i gust, najlepiej pełen nieregularnych linii, barokowo - secesyjny, barwny, porośnięty roślinami, tak by sam stał się żywy, połączonymi komórkami większego organizmu.
  • środowisko społeczne - wierzył, iż tożsamość narodowa jest istotna w rozwoju społeczeństwa, projektował flagi narodowe, znaczki a nawet tablice rejestracyjne samochodów.
  • planeta - był ekologiem działającym przez całe życie, by uratować nasze środowisko. Zaprojektowana przez niego spalarnia śmieci w Wiedniu wydziela jedynie 0,1g dwutlenku węgla rocznie. Otrzymał wiele nagród, a burmistrz Waszyngtonu ogłosił dzień 18 listopada 1980 roku dniem Hundertwassera.
 Kanienice w Wiedniu


Osobiście najbardziej podobają mi się jego dwa manifesty. Pierwszy z nich to "Prawo Twojego okna - Twój obowiązek wobec drzewa". Człowiek powinien mieć prawo kształtowania swojego otoczenia, okna, fasady domu, powinien żyć w zgodzie i w kontakcie z natura, a ulice i dachy powinny być obsadzane drzewami. Drugi z nich to "Manifest pleśni", nawoływał on do odrzucenia linii prostej (czyż można zaprzeczyć tu dziedzictwu secesji) i jedynej funkcji architektury. Dzięki metaforycznej pleśni mogła ona przełamać schematy i linie proste.



Linii prostych w swoim mieszkaniu nie zmienię, choć tak naprawdę o ich "nie - prostość" postarała się już ekipa, która remontowała je w latach 50. Blado - nijakiej elewacji broni jak lew wspólnota. Ale zobowiązuje się do obsadzenia po raz kolejny swojego balkonu zielenią, a może nawet jakimiś drzewkami. Chciałabym aby sprzed mojego okna zniknął koszmarny post socjalistyczny sklep spożywczy, w którym swego czasu sprzedawano na jednej połowie nagrobki pospołu z wędlinką, mogła by się również w hundertwasserowską formę przyoblec piekarnia (pozytyw - piękny zapach pieczonego chleba latem). Przede wszystkim jednak zamknęłabym ruch na ulicy, by w końcu o poranku zaczęły mnie budzić ptaki, a nie jazgot ciężarówek, traktorów i wszelakiej maści samochodów.

Zainteresowanych postacią artysty zapraszam do tekstu źródłowego "Lekarz architektury".



"  Musimy przywrócić naturze terytoria, które człowiek nielegalnie okupuje."   Hundertwasser


"  Jeśli nie będziemy szanować naszej przeszłości, utracimy przyszłość. Jeśli zniszczymy nasze korzenie, nie będziemy mogli wzrosnąć. "   Hundertwasser




"  Poziomy należą do natury, piony do człowieka. "   Hundertwasser

Makiety budynków autorstwa Hundertwassera


Przystań łodzi - Wiedeń.


Znalezione w sieci:

Hospicjum w Essen

[źródło fotografii: Internet]
Domy w Wiedniu

[źródło fotografii: Internet]

[źródło fotografii: Internet]
Inne prace artysty:

[źródło fotografii: Internet]

[źródło fotografii: Internet]

poniedziałek, 18 października 2010

Austria. Barnbach i uroki architektury Hundertwassera.

Przepraszam moich wszystkich gości, że Was zaniedbałam i zamilkłam na tak długo. Nastroje, pogoda nie służyły udzielaniu się w sieci. A może to zwyczajne lenistwo lub potrzeba dłuższego "wyłączenia się" i ucieczki w inne światy. Czasami potrzebna człowiekowi jest chwilka przerwy. Ale już jestem i nadrabiam zaległości. Jak zwykle pod prąd i wbrew samemu życiu.

Dziś coś, co chciałam już pokazać od dawna, i tak sobie wymyśliłam, że będzie to materiał o kilku miejscach powiązanych osobą niezwykłego człowieka. Będzie, ale w dwóch odcinkach. 

Tematem jest architektura Hundertwassera. Po raz pierwszy zobaczyłam jego dzieła przejeżdżając przez Wiedeń. Zaintrygowały mnie kolorowe ściany, drzewka rosnące na dachach, złota cebulo - kopuła i linie, które nie chciały za wszelką cenę trzymać czy to pionu, czy  poziomu. Uwiodły mnie. Choć z powodu mojej miłości do secesji nie było to zapewne zbyt trudne. Nie miałam okazji zatrzymać się przy tych budynkach, dotknąć i pooglądać z bliska. Ale ziarnko ciekawości zostało zasiane. Zaczęłam grzebać w domu za informacjami - czyje to, po co, dlaczego. Tak odkryłam Hundertwassera, czyli właściwie Friedrich Stowassera. Żyda z urodzenia, ochrzczonego przez rodziców, członka Hitlerjugend oraz przez trzy miesiące studenta Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu, który zwiedził potężny kawałek świata. Kontynuatora secesji wiedeńskiej, oraz dziedzictwa Gaudiego.

Kilka lat później odkryłam Barnbach. Małe miasteczko na południu Austrii z niezwykłym kościołem św. Barbary. Pokryty barwną ceramiką, z wieżą zwieńczoną typową dla artysty kopułą, w otoczeniu dwunastu bram przypominających japońskie tori (Hundertwasser przebywał również i tam). Bramy te zostały poświęcone głównym religiom świata, symbolizując tolerancję, porozumienie i ekumenizm. Wewnątrz jego dziełem jest spiralny witraż ponad chrzcielnicą oraz mozaika stanowiąca tło dla ukrzyżowanego Chrystusa nad głównym ołtarzem. Polecam gorąco zobaczenie tego miejsca nie tylko wielbicielom secesji.

















niedziela, 10 października 2010

Jesienne wędrowanie, by choć na chwilę zatrzymać czas.

W poszukiwaniu mijającego czasu zrobiłam troszkę zdjęć kwiatkom. Jeszcze nie przemarzniętym, ale już melancholijnym. Jak pisała Asik na blogach zrobiło się wszędobylsko - jesiennie. Nie szkodzi. Kto z nas nie kocha tytlu barw na raz, a zwłaszcza tych rudości, ognistych pomarańczy, żółcieni. Będzie jak znalazł na zimowe wieczory.


















A dla chętnych jabłka na wierzbie ;]





LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...