"Albowiem to, co raz zostało zobaczone, nigdy już nie powróci do chaosu." Vladimir Nabokov

czwartek, 18 lutego 2010

Egipt. Kup pani wielbłąda... :) Czyli targ w Daraw część pierwsza.

Uzależniłam się od bloga, inaczej tego nazwać nie mogę :) I choć się zarzekałam, że dziś nic więcej. Odpoczywam. Tralala. Nie dałam rady. Nie potrafię, aż mnie palce świerzbią, by poklepać troszkę w klawiaturę. Oczywiście zaglądnęła to tu, to tam, wpadłam w odwiedziny, pozachwycałam się blogami, a teraz muszę, po prostu muszę coś napisać. O Kobiecie, będzie jutro albo w sobotę :)
Dziś Daraw. Planując podróż ubrdałam sobie targ wielbłądów w Daraw (Suq al Gamal). Gdzie raz w tygodniu, we wtorek, zjeżdżają się kupcy i sprzedający, często aż z Sudanu. Leżąca około 40 kilometrów od Asuanu miejscowość to wrota do Nubii. Zwierzęta przywożone są na ciężarówkach, ale również przypędzane przez nomadów dawnym i wciąż uczęszczanym szlakiem wielbłądzim. Jak sobie to miejsce umyśliłam, to nawet plan podporządkowałam tak, żeby być we wtorek w Asuanie. 
Asuan. W naszym hotelu pytam, że chciałybyśmy do Daraw, czy mogą pomóc, albo jak możemy się tam dostać? Recepcjonista kręci głowa, absolutnie niemożliwe, jeździ się tylko z konwojem, są posterunki, nie ma szans. No jak to - nie ma szans? To ja po to wszystko przekombinowałam, żeby tu być we wtorek. A tu kiszeczka, nie lzia. Zasmuciłam się nieco. Ale nic, idziemy na spacer na Cornishe. A tam albo "kalesz, kalesz" albo "feluka, feluka". Nie to mi teraz w głowie. 
Przy okazji taki mały wkręt żebym nie zapomniała. W Asuanie koniki zaprzęgowe zdecydowanie bardziej dożywione niż w Luksorze. Zwłaszcza koń o imieniu Simon. Co dzień spotykałyśmy Simona i jego pana, i co dzień byłyśmy namawiane na przejażdżkę :) Simon, okrąglutki jak jabłuszko, sierść kara, lśniąca, zadbany. Zawsze wymieniłyśmy parę zdań z właścicielem, parę uśmiechów, ale jakoś tak nie było nam po drodze. A szkoda :)
Wracając do Daraw. Natykamy się w końcu na Nubijczyka w galabiji. Nazywa się Ismail (i tu przypomina się nam W pustyni i w puszczy). Również namawia nas na rejs feluka. Ale ja pytam o Daraw, czy można, jak można i czy zna kogoś kto nas zawiezie. I owszem, zna i on nam to załatwi. Jego brat ma samochód, ale nie mówi po angielsku to pojadą we dwóch i nam ten targ pokażą. Super. Umawiamy się na drugi dzień pod Keylany. Przy okazji proponuje nam obiad w ich rodzinnym domu, nubijskim domu. Nie może być lepiej. Cena na jaką się umówiliśmy była naprawdę bardzo zachęcająca.
O poranku, bo targ żyje przed południem, wyruszamy w drogę. Autko jest stare i ma pakę z dwoma ławeczkami do przewozu ludzi. Moje dziecię z radością włazi na pakę, dla bezpieczeństwa siada tam brat Ismaila, a ja uzbrojona w aparat do szoferki. Szkoda, że nie mam zdjęcia szoferki. Całe w futerku i sztucznych kwiatkach, oczywiście obowiązkowo mała wersja Koranu. Mamy jechać nie bezpośrednio do Daraw, bo posterunki by nas nie przepuściły. Jedziemy miejscową drogą, wijącą się między wioseczkami i gajami, przeprawiamy się na drugą stronę Nilu promem wraz z ludźmi jadącymi z całej okolicy na targ. Tam zaczyna się Nubia. Tu już nie spotyka się turystów. I to jest prawdziwa frajda. Prawdziwe nubijskie klimaty. Trzeba nieraz zejść z utartych szlaków, by poznać prawdziwą urodę jakichś okolic.

Plamy na zdjęciach, to niestety efekt brudnych szyb, którego nie zawsze dało się uniknąć.







Dojeżdżamy do promu. Tutaj też zostawiamy nasz samochód.



Po drugiej stronie wsiadamy do tuk tuka choć może tu inaczej się nazywa ten motorek jakby rodem z Tajlandii. i dojeżdżamy na targ.

Teraz niech zdjęcia przemówią. Dodam jedynie, że jako jedyne kobiety, na dodatek białe, byłyśmy przyjmowane z życzliwym zaciekawieniem. Bez żadnych problemów.





Kup pani kozę... A może raczej wielbłąda...


Wielbłądom pęta się nogi jak na powyższym zdjęciu, żeby nie mogły się oddalić. I tak biedne kuśtykają wokół na trzech nogach.





A to osiołek, właściciel osiołka, dalej Ismail i jego brat.








Trudno się czasami pogodzić, że większość tych zwierzaków jest przeznaczonych do rzeźni, rytualnego zabicia lub nawet ciężkiej pracy. My też jemy mięso, ale my tych zwierząt nie spotykamy na co dzień. Przez to wydaje się nam, że jesteśmy bardziej niewinni... A jeżeli już o tym myślimy, to sądzimy, że jesteśmy bardziej humanitarni... Nasze zadawanie śmierci jest bardziej uzasadnione i łaskawsze... A czy ktoś wie gdzie przebiega granica odczuwania zwierzęcia prowadzonego na śmierć?... Nie, nie jestem wegetarianka, a szkoda... Zawsze gdzieś po pewnym czasie skręci mnie w jakiś mięsny narożnik. I przegrywam tę walkę o bycie bardziej niewinnym człowiekiem. Zwierzęta również cierpią u nas (znamy na pewno wiele historii o znęcaniu się nad nimi) i są kochane w Egipcie. Nie zapomnę widoku, przypuszczam rodzeństwa, które przyjechało do domu osiołkiem zaprzężonym w wózek pełen zieleniny. Widziałam jak stanęli po obydwóch stronach swojego osiołka, z wielką ostrożnością, wręcz czułością, zdjęli z niego uprząż, obejrzeli go, powycierali i zaprowadzili do stajenki. Osiołek miał krąglutkie boczki i widać było, że jest nie tylko zadbany ale i kochany. Działo się to w oazie Siwa, a dzieciaki nie miały pojęcia, że są podglądane przez kogokolwiek.
A co do różnic w pojmowaniu naszych braci mniejszych poprzez Europę i Afrykę, to świetna jest pewna historia opowiedziana przez Waris Dirie w książce "Kwiat pustyni". "Czas oczekiwania spędzałam w gościnie u mieszkańców Galadi. Odwiedzałam ich chaty, gawędziliśmy i dzieliliśmy się naszym jedzeniem. Ja bawiłam się świetnie. Gorzej było z Angolami. Znaleźli sobie pusty budynek z oknami bez szyb i rozłożyli tam swoje śpiwory. Mieli trochę książek i lampy turystyczne, ale prawie nie spali, bo po zmierzchu potwornie cięły komary. Żywili się puszkowaną fasolą. Narzekali, że to podłe żarcie ale nie wzięli innego.
Pewnien Somalijczyk zlitował się nad nimi i przyprowadził pięknego koziołka. Cała ekipa BBC zbiegła się, żeby go pogłaskać. Somalijczyk zabrał zwierzę, ale wkrótce przyniósł go z powrotem, tyle, że bez skóry i wypatroszone.
- To wasza kolacja - oznajmił z dumą.
Angole popatrzyli wstrząśnięci, ale żaden się nie odezwał. Pożyczyłam kociołek i zrobiłam z koziołka potrawkę z ryżem. Kiedy Somalijczyk odszedł, usłyszałam:
- Chyba nie myślisz, że będziemy to jedli.
- A dla czego by nie?
- Och, daj spokój Waris.
No, to dlaczego nie mówiliście nic przedtem?
Zaczęli się tłumaczyć, że nie chcieli być nieuprzejmi, bo przecież ten człowiek wyświadczył im wielką grzeczność, ale po tym jak pogłaskali koziołka, to już jeść go nie będą. I rzeczywiście, niczego nie tknęli."







W następnej części z Daraw - My, wielbłądy i inne stworzenia.

2 komentarze:

Tribudragon pisze...

jadłem wielbłąda, jeszcze nie jechałem.

Mam nadzieję, że trochę pogalopuje na dromaderze:)

kate pisze...

o kurcze, jeść nie jadłam, ale jechałam - dość dziwnie. Siedzi się blisko "ogranicznika przedniego siodłowego". Jazda pod górę - należy trzymać się go aby nie zjechać do tyłu. Jazda z góry - no to jest jazda! Szczególnie dla pań. ;))

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...