Strony

"Albowiem to, co raz zostało zobaczone, nigdy już nie powróci do chaosu." Vladimir Nabokov

sobota, 27 sierpnia 2011

Jak obiecywałam druga część zdjęć z koncertu z okazji IV Palestyńskiego tygodnia kultury w Istambule

Jeszcze troszkę zdjęć wielkiego święta, wspólnej radości, zabawy, choć i chwil refleksji, smutku i tęsknoty za piękną, palestyńską ziemią.




































I kilka filmików znalezionych na Youtube tego zespołu. Taka odrobinka palestyńskiej kultury.



 
 


 
 

piątek, 26 sierpnia 2011

Brak jakiejkolwiek kooperacji

Kacio, zmęczony zapewne upałem, zastrajkował, Stwierdził, że pracy na komputerze dziś nie będzie. On musi sobie poleżeć na specjalistycznej podkładce pod kota marki Intuos, drugą podkładką pod główkę, z budzikiem pod ręką, ups, łapą, by nie przegapić kolejnego posiłku. A ja mogę się udać na podlewanie balkonowego ogródka i szlus.





Historia najnowsza z lizakiem, a nawet dwoma w tle :)

Przerwa w podróżowaniu :) Choć nie do końca, bo historia wydarzyła się w Krnovie, czyli w Czechach. Historia słodka, która myślę, że nie wymaga komentarza :)

































wtorek, 23 sierpnia 2011

W kocim supermarkecie i nie tylko.

Tuż obok meczetu Yeni Cami zaczyna się stary, kryty bazar Misir Carsi, czyli tak zwany Bazar Egipski czyli Korzenny. Z reguły pełen turystów. Tuż przy wejściu najróżniejsze słodkości, głębiej wszystko to czego turysta może zapragnąć i tak idąc sobie plątaniną uliczek i zakamarków można przejść, mijając już bardziej przeznaczoną dla mieszkańców Stambułu część, aż na Wielki Bazar czyli Kapali Carsi. Medal temu kto się w tym labiryncie nie zgubi. Wiem, bo zrobiłyśmy to idąc w odwrotnym kierunku, tzn. z Wielkiego Bazaru. Weszłyśmy tam i chciałyśmy wyjść zupełnie gdzie indziej, ale po godzinie błądzenia znalazłyśmy się przy Yeni Cami. Spokojnie, człowiek tam nie zginie, są i napoje i jedzenie, więc błąkać się można długo. Ale nie o bazarach dziś chciałam, przynajmniej nie o takich. Na zewnątrz Bazaru Egipskiego jest równie atrakcyjnie. Są stoiska z serami, pysznymi, oliwkami wielkimi jak śliwy i mięsiwem. Jest też sprzedawca schłodzonego ayranu - to taki jogurt lekko posolony z dodatkiem wody - pyszny. Sprzedaje się go tam z małej budki z "ayranową fontanną", do kubeczka, obficie dekorując pianką. Polecam gorąco. Od wejścia na bazar idąc na prawą zewnętrzną ścianę. Miałam zdjęcia, dużo zdjęć, niestety, jak wspominałam szlag je trafił :(
Idąc na lewo, na zewnątrz, traficie na bazar "żywy". Ogromna ilość roślinek wszelakich, kwiatów, drzewek, owocujących mandarynek, cytrynek, dziwnych owoców, które żółtozielone z zewnątrz i krwisto czerwone bebechy w środku. Zrobiłam im dużo zdjęć, bo wygląd miały frapujący. Sprzedawane były również w słoiczkach. Jeden z panów sprzedających również był ciekawy, starszy, nieco pulchny, z twarzą skupioną na czytanej gazecie, twarzą malowniczo przyozdobioną zmarszczkami i drucianymi okularami, z siwiuteńką brodą. A jakże sfotografowałam wszystko i odesłałam w eter...
W każdym bądź razie idziemy sobie przez ten targ:
- Popatrz jakie cudo, ciekawe co to jest?!
- Jak to mamo, kudreta nie poznajesz??? - i śmieje się ze mnie.
- No jasne! Jak ja kudreta mogłam nie poznać. - śmiejemy się nad tajemniczymi owocami z nazwą i ceną wypisaną na kartoniku. 
Jednak przeznaczenie tej tak barwnej roślinki jest dla mnie tajemnicą, a może ktoś z Was wie i tą wiedzą zechce się podzielić? Czy tym bydlątka się karmi (bazar był ze zwierzętami) czy ludzi???


Nie każdy czyta komentarze, pozwolę sobie przekopiować informacje na temat tajemniczej rośliny jakie dostałam od Bajrowicz. Za co bardzo dziękuję :) "Ten gurblowaty ogór (dyniowaty) to przepękla ogórkowata - kudret nari - jadalna w całości. I owoce - niedojrzałe, i liście. Taki enzym zawiera, który obniża poziom cukru we krwi." I zdjęcie znalezione w necie - jak to cuś wygląda w środku:


Czego zdjęcia poszły mi w eter również? Całej masy zwierząt. Od ras psów i kotów wszelakich, ptactwa domowego typu kurczęta, kaczęta, indyki, perliczki, gołębie, a wszystko to oczywiście w kolorach i formach dowolnych. Pawie, bażanty i ptaszki klatkowe jakich jeszcze nigdy nie widziałam. 




 Po papugi ary i kakadu. arę jedną również obfotografowałam, bo piękna była i kontaktowa. Próbowała sprytnie swoje jedzonko z pojemnikiem podać koledze w drugiej klatce sprytnie posługując się potężnym dziobem i pazurkami. Pomiędzy ptasimi klatkami, zwłaszcza tam gdzie były uwięzione piękne panie kurki, spacerował wolny, nomen omen jak ptak, czarny kogucik. Chyba nikomu nie uciekł, bo spacerował sobie tak kilka kolejnych dni, nie bojąc się niczego. Zaglądając i bawiąc rozmową a to jedną a to drugą kurkę.
O żółwiach nie wspominam, ale gdy ktoś chciałby małego krokodyla - to proszę bardzo. Przynajmniej jak jakaś Turczynka stwierdzi "Jeśli nie chcesz mojej zguby, krokodyla daj mi luby." To proszę bardzo, no problem. Rybki też można było kupić od słodkowodnych po morskie, całymi stadami. I coś jeszcze bardzo frapującego, czego u nas już nie uświadczysz w sprzedaży, a niegdyś pewnie bywało - to pijawki. Prawie przy każdym sprzedawcy stała butla jak te po 5l wodzie mineralnej, nieraz opisanej czarnym markerem - doktor coś tam coś tam i oklejonej ilustracjami z przykładami użycia tych że środków leczniczych. Chętni na nie byli. Przychodzili z własnym słoiczkiem, pan sprzedawca zanurzał dłoń w wodzie pełnej wijących się, czarnych, brunatnych, rdzawo nakrapianych paskudztw. One wdzięcznie przyklejały się do skóry, po czym wyciągał je i strzepywał do naczynka klienta. W tym czasie pozostałe wyciągały swoje główki czy może ssawki na świat z butli, usiłując zrobić "prison break".  Oj miałam to na zdjęciach, miałam...
Jeszcze raz posłużę się zdjęciami znalezionymi w Internecie:


Tak to mniej więcej wyglądało. Tu pijawy nasze rodzime, zdjęcie z GW



Na szczęście ocalały mi zdjęcia z kociego, samoobsługowego spożywczaka. Kotki testują pokarmy, wybierają najsmaczniejszy i przy nim zatrzymują się najdłużej. I nie są to bynajmniej koty właściciela stoiska. Ale przechodzące tuż obok koty "bezpańskie". Rudy, śliczny i długowłosy kot właściciela leżał sobie w cieniu sklepu i nawet ruszać mu się nie chciało na zewnątrz w taki upał.











Co ciekawe nikt kociaków nie przeganiał, jadły spokojnie i tyle, na ile miały ochotę, wzbudzając zainteresowanie przechodniów i nie przejmując się błyskającymi od czasu do czasu flashami.

Na tym bazarze było niewielu turystów. Wiadomo, trudno przewieźć do kraju psa, kota lub papugę, kupione na bazarze. Całą przestrzeń wypełniała natomiast cała masa Turków, żywo zainteresowanych tym bogactwem fauny, mniej flory. Widać jest w Turcji popyt na trzymanie pupilków najróżniejszych gatunków, jeśli takie miejsce tak dobrze funkcjonuje. O zwierzątkach w Turcji pisać będziemy jeszcze nie raz.


poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Pierwsze koty za płoty - czyli pierwsze chwile w Istambule

Zdjęciami z koncertu jeszcze Was pokatuję :) Tymczasem trochę o naszej podróży :)

Do Istambułu przyleciałyśmy po południu. Od razu zapłaciłam frycowe - wymieniłam niezbędną kwotę na pierwsze chwile w tym mieście w okienku zaznaczonym Change Office, myśląc, że to to samo co  Doviz (nad o powinny być dwie kropeczki), czyli inaczej nasz kantor. Bo przecież bank to bank i tak powinno stać w tytule. Niestety Change Office okazał się być bankiem i zdarł ze mnie prowizję w wysokości 7 lirów tureckich. Trudno. Zawsze jakieś frycowe musi być. Dotarłyśmy do metra, później przesiadka i tramwajem przez most Galata do celu. 
I tu muszę wspomnieć o czymś co bardzo przypadło mi do gustu. Poruszając się po Istambule wszelkimi środkami komunikacji miejskiej kupujemy żetony. Na promy są inne, mniejsze żetoniki ale cena jest ta sama. Gdy przyjechałyśmy było to 1,75 lira. Gdy wyjeżdżałyśmy podwyżka była do 2 lirów. Są jeszcze bilety elektroniczne tzw. Akbil, na którym przejazd wychodzi ciut taniej, ale my go nie używałyśmy. Dla porównania gdy przyjechałyśmy do Warszawy bilet kosztował 2,80 zł oczywiście, gdy wracałyśmy do domu już 3,80 - mowa o 40 minutowym. Tu choćbyś jechał godzinę za wszystko płaci się ten 1 żeton. Wrzuca się go do bramki przy wejściu na stację metra lub na przystanek autobusowy i dalej już cię nic nie obchodzi, nie ścignie cię kanar, nie musisz pamiętać czy na pewno skasowałaś bilet i gdzie go upchnęłaś. Prawdziwa wygoda. 
W tramwaju klimatyzacja ratuje nas od upału i wilgotności jaka panuje na zewnątrz. Tłumy zwłaszcza w okolicy Sultanahmet czy Eminonu, ale w tramwaju i tak luźniej niż na zewnątrz. Wysiadamy na Karakoy i próbujemy odnaleźć nasz hotel. I tu kolejne zjawisko dla nas charakteryzujące Turcję - ile osób zapytasz o drogę, tyle kierunków zostanie ci wskazanych. Każdy bardzo chce pomóc, ale czasem wychodzi zupełnie na odwrót. Pomijam miłych panów na lotnisku, którzy chcieli nam upchnąć przejazd do naszego hotelu bezpośrednio, który rzekomo według nich znajdował się na Taksim, czyli dobry kawał drogi dalej. Warto przed wyjazdem przestudiować mapkę naszej destynacji :) Mimo to do hotelu trafiamy dopiero gdy jeden z życzliwych młodych Turków wzywa telefonicznie posiłki z hotelu, bo nikt go nie zna. Okazuje się wówczas, że stałyśmy od niego może z jakieś 30 metrów.
Gdy wyruszamy na pierwszy spacer słońce chyli się ku zachodowi, ale jeśli chodzi o gorąc, nie przynosi to zbytniej ulgi.

Mieszkamy w pobliżu Wieży Galata - Galata Kulesi. Te czarne paprochy na zdjęciu dookoła, to nie paprochy ale całe stada ptaków, głównie gołębi. Gołębie to osobny temat w Turcji.


Pierwszy meczet Yeni Valide Cami (c czytamy jak Dż, czyli nie Ali "Akcza" a Ali "Aadża" na przykład :) ), Nowy Meczet Królowej Matki, czwarty co do wielkości w Istambule, który pierwszy nas wita po drugiej stronie mostu Galata. Nie jest taki nowy - budowę ukończono w 1663 roku.


Tuż obok sprzedawca tradycyjnych tureckich lodów - dondurma. Spektakl niezwykły, zabawny, za który płaci się nie mało bo po 5 lirów. Niestety same lody nie przypadły nam do gustu. Zbyt gumowe, słodkie, dla nas okazały się niezbyt zjadliwe. Później kupowałyśmy już tradycyjnie - lody na patyku :)




Chwila wytchnienia w cichym meczecie. Jak dobrze jest usiąść w kąciku, na dywanie, na chwilkę zadumy, dla odrobiny wytchnienia... Yeni Cami.






Tuż obok mostu Galata, można kupić sobie bułę z rybką i sałatką. Smaczna, ciepła, musi być bardzo dobra zwłaszcza w zimowe wieczory. Tu sprzedawana z przycumowanej łodzi kołyszącej się na fali z taką intensywnością, że od samego patrzenia na to można dostać choroby morskiej. Zjawiskiem dla mnie nie pojętym było jak ci smażący mogli pracować i wytrzymywać przez cały dzień i kawał nocy taki obłędny taniec na fali.








Wieczorem ubywa z ulic turystów wycieczkowych, ich miejsce zajmują mieszkańcy Istambułu odpoczywający po długim dniu pracy w bezlitosnym upale.


A chłopaki jak to chłopaki na całym świecie, lubią poszaleć, pobrawurzyć, pokozaczyć, ochłodzić się w mrocznych wodach zatoki Bosforskiej :)




Tu jeszcze jeden sprzedawca rybek z grila. Kupuję dla siebie, bo Ines nie lubi. 4 liry to słuszna cena. Rybka dobra, sałatki też, zwłaszcza popite świeżym soczkiem z pomarańczy za jednego lira. Smacznego! :)






I to już koniec pierwszego spaceru. Wracamy do hotelu, idziemy zmęczone spać a o 5 nad ranem budzi nas muezzin. Meczecik mikroskopijny z niewielkim minaretem jest tuż obok. Mamy wrażenie jakby muezzin był w pokoju i śpiewał nam prosto do ucha by nas obudzić na pierwszą modlitwę. Ale ta sztuczka udaje mu się tylko dwa razy, później nic nas nie jest w stanie obudzić :)


LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...