"Albowiem to, co raz zostało zobaczone, nigdy już nie powróci do chaosu." Vladimir Nabokov
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Egypt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Egypt. Pokaż wszystkie posty
piątek, 16 sierpnia 2013
410. I znów Egipt w ogniu...
Internet, telewizja, radio wciąż podaje nowe wiadomości z Egiptu, kolejne ofiary, zniszczone ulice, wojna domowa. Patrzę z niepokojem i myślę, czy jeszcze kiedyś będzie to tak bezpieczny kraj, jaki miałyśmy okazję poznać? Egipt, który w ciągu tych 45 dni naszej podróży zdążył przeniknąć do naszego krwiobiegu, zagnieździć się gdzieś w zakamarkach serca i tam pozostać.
sobota, 6 kwietnia 2013
389. Osiołkiem przez peryferie Kairu
Naprawdę warto zejść z utartych szlaków turystycznych i zobaczyć jak biegnie życie na peryferiach metropolii. Jeśli jeszcze raz miałabym okazję być w Kairze, szukałabym właśnie takiego zwyczajnego życia. Dla mnie to cenniejsze fotografie niż te z piramidami, posągami, atrakcjami z tych "must to see". Zapraszam ponownie do Egiptu, na pohybel białej wiośnie Tupot białych mew, białe sale szpitalne - nie kojarzy się to zbyt dobrze). Dziś barwy Kairu i osiołkowy transport.
poniedziałek, 1 kwietnia 2013
387. Sentymentalnie o Egipcie.
Ostatnimi czasy, korzystając z pomysłu Ajki, postanowiłam wrócić do fotografii z Egiptu. Te pierwsze, umieszczane na blogu, miały toporne czarne ramki. Tej czerni było więcej niż samego zdjęcia, mało ciekawie to wyglądało. Po drugie, przez czas od powstania bloga, chyba troszkę rozwinęłam umiejętności co do "obróbki" zdjęć. Mam nadzieję. Toteż chciałabym jeszcze raz pokazać Wam Egipt, jaki widziałyśmy. I co ciekawsze, choć zbyt dużo wody w Nilu nie upłynęło, to nie jest już ten sam Egipt. Jednak zmieniło się tam co nieco od czasu obalenia Mubaraka.
Startowałyśmy z Pragi. Były wtedy takie tanie przeloty - za dwa bilety do Kairu i z powrotem zapłaciłam około 1100 zł.
poniedziałek, 11 lutego 2013
Sahara na pulpicie.
Nie będę czarować, dużo czasu spędzam przed komputerem. Cóż, lubię to i ważny jest dla mnie wygląd tła pulpitu, tapety, wallpaper'a czy jak kto woli background'a. To taki dodatkowy obraz w moim pokoju. Staram się żeby pulpit nie był zbytnio zaśmiecony i dawał na siebie z przyjemnością popatrzeć. Dobrym pomysłem są kalendarze, zawsze gdzieś umieszczone pod ręką.
Kilka dni temu pomyślałam sobie, a jak by tak zrobić własną tapetę, ze swoich zdjęć i dodać kalendarz? A może ktoś z Was chciałby też z takiej tapety skorzystać?
Pomyślałam i zrobiłam. Na pierwszy rzut - Sahara, a konkretnie Biała Pustynia. Jeszcze można skorzystać z kalendarza na luty. Zapraszam więc do pobierania. Sprawdziłam w statystyce trzy najczęściej pojawiające się rozdzielczości i takie wykonałam. Pliki wrzuciłam na swoje konto na Deviantarcie.
Żeby je najprościej pobrać, wystarczy kliknąć na poniższy link w odpowiedniej dla Was rozdzielczości:
1024x768
1280x800
1920x1080
zapisać zdjęcie na swoim komputerze, kliknąć w miniaturę prawym przyciskiem myszy i wybrać opcję: ustaw jako tło pulpitu. Instrukcja oczywiście dla osób, które jeszcze nie zmieniało swojego tła na pulpicie.
Nie wiem czy to dobry pomysł, a jak Wy sądzicie? Może jakieś zdjęcie z tych, które wam pokazałam, chcielibyście mieć na swoim komputerze jako tapetę na pulpicie? Jakieś kandydatury na miss czy mistera marca? :) A może jeszcze inna rozdzielczość? Napiszcie :)
Kilka dni temu pomyślałam sobie, a jak by tak zrobić własną tapetę, ze swoich zdjęć i dodać kalendarz? A może ktoś z Was chciałby też z takiej tapety skorzystać?
Żeby je najprościej pobrać, wystarczy kliknąć na poniższy link w odpowiedniej dla Was rozdzielczości:
1024x768
1280x800
1920x1080
zapisać zdjęcie na swoim komputerze, kliknąć w miniaturę prawym przyciskiem myszy i wybrać opcję: ustaw jako tło pulpitu. Instrukcja oczywiście dla osób, które jeszcze nie zmieniało swojego tła na pulpicie.
Nie wiem czy to dobry pomysł, a jak Wy sądzicie? Może jakieś zdjęcie z tych, które wam pokazałam, chcielibyście mieć na swoim komputerze jako tapetę na pulpicie? Jakieś kandydatury na miss czy mistera marca? :) A może jeszcze inna rozdzielczość? Napiszcie :)
środa, 16 stycznia 2013
Podróże to prawdziwy Lajfstajl
Na Onecie rozpoczął się konkurs na Blog Roku 2012,
rozpędziłam się, że poczytam sobie o podróżach mniejszych i większych, popodziwiam zdjęcia i relacje, westchnę, że jeszcze nie teraz, ale może
kiedyś rzucę wszystko i ruszę dookoła świata (trudno to uczynić choćby mając
uczące się dziecko i cały dom na głowie), poszukam inspiracji, informacji,
w końcu zachwycę się fotografią. Pomyślałam, że wrzucę mój blog, bo może ktoś
próbuje i chce od rozpocząć swoje odkrywanie świata od czegoś mniejszego, nie
tak ekstremalnego (choć dla każdego ta granica ekstremum leży gdzieś indziej),
pokażę swoje fotografie i może one kogoś zainspirują. Czekała na mnie jednak pewna, drobna niespodzianka...
wtorek, 15 stycznia 2013
Jak zepsułam swoje dziecko.
Moje młodsze dziecię było w zeszłym roku na wycieczce szkolnej w Berlinie. Bardzo się cieszyło i na tę okazję czekało. Po powrocie telefonuje do domu i oświadcza stanowczym głosem:
- Mamo, zepsułaś mnie.
- ... ? Jak to zepsułam?
- Bo ja nie potrafię jeździć z wycieczkami. To nie to samo. Wolałabym zwiedzać ten Berlin po swojemu.
(tak to mniej więcej brzmiało)
Tak oto wygląda zepsute dziecko po zakupieniu w Goreme islamskiego katechizmu w języku angielskim
czwartek, 9 lutego 2012
Przesiadka czyli między Saharą a Saharą.
Komputer już lepiej ale na gwałt potrzebuje formatowania. Ehh... Jak ja tego nie lubię, może w przyszłym tygodniu się za to zabiorę. Tymczasem chciałabym wam zaproponować coś do przeczytania. To małe ćwiczenie z kursu Pasja Pisania, na którym ostatnio uczę się bardzo mądrych rzeczy. A że historia się wydarzyła naprawdę i dotyczy podróży, więc myślę, że będzie tu jak najbardziej pasować. A bohaterki już znacie :) Zapraszam :)
W końcu dotarły na miejsce. Urszula spojrzała na zegarek. Minęła piąta.
- Cholera! - zaklęła cicho.
- Cholera! - zaklęła cicho.
Za oknem busa Kair budził się powoli do życia. Ulice zaczynały wypełniać się dźwiękiem klaksonów. Zaspani jeszcze ludzie ciągnęli poboczem wózki pełne wszelakich towarów, inni balansując na rowerach niczym baletnice, starali się utrzymać na głowach platformy pełne puchatego chleba ajsz. Domy, pożółkłe od pyłu znad Sahary, dźgały zasnute smogiem niebo, sterczącymi z dachów, stalowymi prętami. Miasto przeciągało się leniwie jak kot na pożegnanie przyjemnego snu.
Kobieta wyprostowała się, roztarła obolały kark.
- Ines, dojeżdżamy - starała się delikatnie obudzić córkę, która spała w najlepsze na jej kolanach. - Wkurzę się strasznie jak się spóźnimy. Wyobraź sobie, że co chwilę robili przystanki na herbatę i ploteczki -dodała, a półprzytomna dziewczynka przecierała oczy.
- Ines, dojeżdżamy - starała się delikatnie obudzić córkę, która spała w najlepsze na jej kolanach. - Wkurzę się strasznie jak się spóźnimy. Wyobraź sobie, że co chwilę robili przystanki na herbatę i ploteczki -dodała, a półprzytomna dziewczynka przecierała oczy.
Jak na złość samochód krążył bocznymi ulicami rozwożąc pasażerów.
- Przewóz z dostawą do domu - jej niepokój walczył z rozbawieniem.
- Przewóz z dostawą do domu - jej niepokój walczył z rozbawieniem.
Do tej pory, cały zaplanowany i zorganizowany przez nią wyjazd, mijał bez najmniejszego poślizgu.
- Za nami już cztery tygodnie - czuła satysfakcję. - Nie będzie ci szkoda, jak za czternaście dni będziemy musiały wrócić do domu? - zapytała dwunastolatki, która właśnie w tym momencie walczyła z opadającymi powiekami.
- Bardzo - głowa Ines opadła na jej ramię.
Czekało je dzisiaj ponad tysiąc kilometrów między oazą Baharija a Siwa, tymczasem czas nie zamierzał stanąć w miejscu.
- Zdążymy mamuś - ziewając stwierdziła córka.
-Ty masz szczęście, że twojej matce głowy nie urwało podczas hamowania. Nigdy więcej busów! - zaśmiała się
-Ty masz szczęście, że twojej matce głowy nie urwało podczas hamowania. Nigdy więcej busów! - zaśmiała się
Dzisiejsza noc dała się we znaki, a niewygodne siedzenia nie sprzyjały wielogodzinnym przejazdom. Kobiety stłoczone na ostatnim siedzeniu, spoglądały z zainteresowaniem jak Ula starała się ułożyć, sterczące na wszystkie strony, krótkie włosy.
Zatrzymali się pod wiaduktem. Okolica przypominała Downtown , ale przez porę dnia oraz brak ludzi, nie była tego pewna. Wszędzie leżały sterty śmieci. Rozglądała się zdezorientowana, natomiast kierowca i pasażerowie właśnie starali się uświadomić turystkom, że to docelowy przystanek. Oczywiście w języku arabskim.
- A dworzec? Autokar do Marsa Matruh?! - odwzajemniła się angielskim.
- Taxi, taxi - mężczyźni w galabijach machali rękami w bliżej nieokreślonym kierunku, uśmiechając się przy tym beztrosko.
- No to fajnie - westchnęła.
Wygramoliły się na zewnątrz. Na szczęście nie musiała się szarpać z plecakami, bo wytargano je z busa za nimi. To była jej jedyna porażka. Dwadzieścia kilo w jednym i nieomalże tyle samo w drugim.
- Ines, jak zobaczysz, że na następny raz będę brała wszystko to co, jej dobrzy ludzie na necie poradzą, to oblej mnie zimną wodą. Nie! LODOWATĄ.
Chwyciła większy plecak, który stał już na brudnym asfalcie. Zamierzała ruszyć na poszukiwanie transportu. Czas powoli się kurczył.
- No, no! - mężczyźni zatrzymali ją i wskazali na podjeżdżającą taksówkę. Wyglądała jak wyprodukowana co najmniej w czasach faraonów. Ula szturchnęła porozumiewawczo dziecko. Kierowca wyskoczył żwawo i już miał chwycił bagaże, ale Uli coś się nagle przypomniało.
- Ile do dworca Tourgoman? - zapytała ze spokojem godnym uśpionego wulkanu, tuż przed przebudzeniem. Publiczność, w postaci męskiej części pasażerów busa, zdążyła już ustawić się wokół. Ich galabije były w stanie podobnym do jej długiej, prostej koszuli. Ale wygląd był ostatnią rzeczą, którą przejmowała by się właśnie w tym momencie. Na targowanie też nie miała zbytniej ochoty.
- 60 lirów - Ta odpowiedź całkowicie ją zaskoczyła.
Popatrzyła na kierowcę jak na wariata. Zorientowała się, że grupa obserwuje z ciekawością i rozbawieniem, rozwijającą się sytuację. To o to wam chodzi! Pozbyła się resztek niedospania, myślicie, że dam się naciągnąć, pomyślała.
- Chodź Ines, idziemy szukać taksówki - dodała już na głos.
Właściciel mumii na czterech kółkach zaczął oponować.
- 50 lirów, 50 lirów!
Uśmiechy kibicujących stały się nieco szersze, a wzrok skierował się ponownie na kobietę. Gra się rozpoczęła. Byle szybko ją zakończyć - pomyślała.
- 10 lirów! - rzuciła wyzwanie.
Jej przeciwnik wzniósł ręce do góry i rozpoczął rozpaczliwą litanię z drobnymi wstawkami chóru męskiego. Zabawa byłaby przednia, gdyby nie problem, że autokary raczej nie czekały na swoich pasażerów.
- 30 lirów! - padła odpowiedź.
W teatralny sposób odwróciła się w stronę ulicy.
- 20 lirów!
Imponujące uśmiechy mężczyzn, były odwrotnie proporcjonalne do padającej sumy. Ostatecznie kiwanie głowami upewniło ją, że cena była na dobrym poziomie.
- Jedziemy - zgodziła się.
Kierowca zapakował plecaki na dach taksówki.
- Dobra jesteś mamo. - z uznaniem dodała Ines.
- Kto by pomyślał, że jeszcze miesiąc temu zapłaciłabym tyle, ile by mi zaproponowano. Pytanie czy zdążymy na nasz autobus - objęła córkę. - I czy nie zgubimy po drodze bagażu. Widziałaś? Nawet ich nie przypiął!
- A dworzec? Autokar do Marsa Matruh?! - odwzajemniła się angielskim.
- Taxi, taxi - mężczyźni w galabijach machali rękami w bliżej nieokreślonym kierunku, uśmiechając się przy tym beztrosko.
- No to fajnie - westchnęła.
Wygramoliły się na zewnątrz. Na szczęście nie musiała się szarpać z plecakami, bo wytargano je z busa za nimi. To była jej jedyna porażka. Dwadzieścia kilo w jednym i nieomalże tyle samo w drugim.
- Ines, jak zobaczysz, że na następny raz będę brała wszystko to co, jej dobrzy ludzie na necie poradzą, to oblej mnie zimną wodą. Nie! LODOWATĄ.
Chwyciła większy plecak, który stał już na brudnym asfalcie. Zamierzała ruszyć na poszukiwanie transportu. Czas powoli się kurczył.
- No, no! - mężczyźni zatrzymali ją i wskazali na podjeżdżającą taksówkę. Wyglądała jak wyprodukowana co najmniej w czasach faraonów. Ula szturchnęła porozumiewawczo dziecko. Kierowca wyskoczył żwawo i już miał chwycił bagaże, ale Uli coś się nagle przypomniało.
- Ile do dworca Tourgoman? - zapytała ze spokojem godnym uśpionego wulkanu, tuż przed przebudzeniem. Publiczność, w postaci męskiej części pasażerów busa, zdążyła już ustawić się wokół. Ich galabije były w stanie podobnym do jej długiej, prostej koszuli. Ale wygląd był ostatnią rzeczą, którą przejmowała by się właśnie w tym momencie. Na targowanie też nie miała zbytniej ochoty.
- 60 lirów - Ta odpowiedź całkowicie ją zaskoczyła.
Popatrzyła na kierowcę jak na wariata. Zorientowała się, że grupa obserwuje z ciekawością i rozbawieniem, rozwijającą się sytuację. To o to wam chodzi! Pozbyła się resztek niedospania, myślicie, że dam się naciągnąć, pomyślała.
- Chodź Ines, idziemy szukać taksówki - dodała już na głos.
Właściciel mumii na czterech kółkach zaczął oponować.
- 50 lirów, 50 lirów!
Uśmiechy kibicujących stały się nieco szersze, a wzrok skierował się ponownie na kobietę. Gra się rozpoczęła. Byle szybko ją zakończyć - pomyślała.
- 10 lirów! - rzuciła wyzwanie.
Jej przeciwnik wzniósł ręce do góry i rozpoczął rozpaczliwą litanię z drobnymi wstawkami chóru męskiego. Zabawa byłaby przednia, gdyby nie problem, że autokary raczej nie czekały na swoich pasażerów.
- 30 lirów! - padła odpowiedź.
W teatralny sposób odwróciła się w stronę ulicy.
- 20 lirów!
Imponujące uśmiechy mężczyzn, były odwrotnie proporcjonalne do padającej sumy. Ostatecznie kiwanie głowami upewniło ją, że cena była na dobrym poziomie.
- Jedziemy - zgodziła się.
Kierowca zapakował plecaki na dach taksówki.
- Dobra jesteś mamo. - z uznaniem dodała Ines.
- Kto by pomyślał, że jeszcze miesiąc temu zapłaciłabym tyle, ile by mi zaproponowano. Pytanie czy zdążymy na nasz autobus - objęła córkę. - I czy nie zgubimy po drodze bagażu. Widziałaś? Nawet ich nie przypiął!
niedziela, 10 kwietnia 2011
I po kolejnej przerwie - przygotowując się do podróży...
Długo nie pisałam. Stres nawet jeśli nie zabija, to pozbawia weny twórczej. A życie przez rok w permanentnym stresie, dokładanie do niego kolejnych, bynajmniej nie mniejszych - to za dużo szczęścia na raz. Rozpadłam się jak domek z klocków. Dokładnie tak. Tydzień temu obudziłam się po kolejnej nocy pełnej koszmarów i dopadła mnie panika, atak strachu tak wielkiego, że było mi aż niedobrze. Zupełnie bez przyczyny, irracjonalnie. Na szczęście już mi lepiej, powoli łapię oddech i sprawy układają się już lepiej. A co do pracy, wierzę że będzie, bo nie może być inaczej. Jestem spokojna. Czas wziąć się za wakacyjną podróż.
Podróż na Bliski Wschód. Najważniejszą zmianą jest to, że nie będzie to podróż samotna. Jedzie ze mną Ines. Po kolejnych finałach konkursów, po zdobyciu pierwszego miejsca w ostatnim konkursie (a dziedziny zaiste rozległe - od języka polskiego, angielskiego po biologie, po drodze mając matematykę, chemie, fizykę), widząc jej zmęczenie, postanowiłam dokupić drugi bilet na samolot. I tu też dało znać zmęczenie stresem, bo kupując bilet na Maleva, ciesząc się, że złapałam niską i dobrą cenę, wpisałam w rubryczki Ms, ale dalej już podałam własne imię i nazwisko, stając się posiadaczką dwóch biletów na siebie samą, na ten sam lot. Na szczęście Malev, który nie przewiduje zmiany nazwiska na bilecie, zgodził się na zmianę operację oczywiście za dodatkową opłatą.
Tak jak pisałam wcześniej lądujemy w Istambule. Następnie chciałybyśmy zobaczyć Syrię, która jest naszym głównym celem, oraz Liban i Jordanię. A tu sytuacja coraz gorętsza, trudna... I mamy nadzieję, że do naszego wylotu coś się zmieni, rozwiąże, uspokoi, na tyle byśmy mogły zrealizować swoje marzenie. Jeśli nie, to poznamy dokładnie Turcję, bez pośpiechu, nie tylko sam Istambuł.
Gdy kupiłam ten drugi bilet poczułam spokój i pewność, że tak miało być. Gdzieś tam w głębi serca. Źle bym się czuła siadając w meczecie, bez Ines, która kocha klimat meczetów. Podziwiając ich architekturę, słuchając nawoływań muezina, lub tylko obserwując ludzi, chłonąc atmosferę. Nicolas Bouvier, którego książki uwielbiam, tak pisze o meczetach w Turcji: "Turecki meczet tchnie większą pogoda w adoracji. Jest to przysadzisty budynek obrzeżony dwoma minaretami, w których gnieżdżą się bociany. Wnętrze jest pobielone wapnem, posadzka pokryta czerwonymi dywanami, a ściany są ozdobione wersetami koranicznymi, wyciętymi z papieru. Przyjemny chłodek i brak powagi, który jednak nie wyklucza wielkości. Nie, tak jak w naszych kościołach, nie sugeruje dramatu lub nieobecności, wszystko zaś świadczy o naturalnej więzi między Bogiem a ludźmi: źródle prostoty, która nie przestaje cieszyć prawdziwych wiernych. Odpoczynek w tym przybytku, z bosymi stopami na szorstkiej wełnie, to jakby kąpiel w rzece." Dziś zilustruję ten cytat zdjęciami z meczetu Alego Paszy w Kairze. Po powrocie w sierpniu mam nadzieję, że będą to meczety tureckie o jakich pisał tu Bouvier.
Chciałam jeszcze wszystkim wielbicielom pustyni, mistycyzmu Sufich, polecić poetycki film, pełen wspaniałej muzyki i obrazu - "Bab'Aziz" czyli Drogi ojciec (polski tytuł). Jest to historia niezwykłych wędrowców, niewidomego dziadka i jego pełnej życia wnuczki, którzy przemierzają bezkresne pustkowie, by dotrzeć na odbywający się raz na trzydzieści lat, wielkie spotkanie derwiszów. Miejsce jest sekretem, nikt go nie zna. Wędrowcy muszą kierować się sercem i wiarą, wsłuchiwać w odwieczną ciszę, a wtedy pustynia sama wskaże im drogę. W swojej podróży ocierają się o świat ducha, baśni, metafizyki, spotykając niezwykłych ludzi. Gorąco, gorąco polecam.
poniedziałek, 28 marca 2011
Po długiej przerwie :)
Minęło tak dużo czasu od mojego ostatniego posta. Ale od ostatniego czwartku moja Mama już jest w domu, a ja powolutku staję się coraz spokojniejsza. Dzień po poprzednim wpisie nastąpiło niestety mocne pogorszenie, Mama musiała zostać w szpitalu tydzień dłużej. Ale nic tak nie poprawia samopoczucia jak własny dom, kąt. Teraz już może być tylko lepiej :)
Życie zwolniło, płynie wolniej i jak na razie bez gwałtownych zakrętów, oby jak najdłużej. W związku z tym zaczęło mi coraz bardziej brakować kontaktu ze światem :) Najbardziej mi brakuje Was :)
Dziś mniej opowieści więcej fotografii. Aleksandria. Tam gdzie egipskie dziedzictwo splata się z kulturą starożytnego Rzymu. Niestety nie można było sfotografować wewnątrz katakumb Kom asz-Szuqafa, było to drugie miejsce gdzie zmuszono mnie do rozstania się z aparatem fotograficznym, co przyczyniło się do braku skupienia przy zwiedzaniu wspomnianych katakumb. Ale warto, naprawdę warto. Schodzi się 35 metrów pod ziemię. A tam posągi Sobka i Anubisa w rzymskich zbrojach strzegące niegdyś spokoju zmarłych, na tarczach złowieszcze głowy meduz. Labirynty grobowców, możliwość wyobrażenia sobie w podobnym miejscu narodzin wczesnego chrześcijaństwa.
Tu niestety tylko dziedziniec prowadzący do katakumb.
W Aleksandrii możemy usiąść na jednym z wyłożonych marmurem miejsc, na widowni antycznego amfiteatru.
Można zobaczyć również tego typu posągi. Może to Izyda w nowej, modnej szacie, jednak wciąż dzierżąca insygnia władców starożytnego Egiptu?...
sobota, 26 lutego 2011
Tam gdzie latarnia Faros - może nieco klaustrofobicznie
Stała na wysepce Faros, wówczas najwyższa na świecie, dumna, samotna, witająca tak wielu przybywających do aleksandryjskiego portu żeglarzy. Z lądu można było dotrzeć do niej jedynie groblą i w taki sposób co dzień tragarze i osiołki przybywali, by wnieść mozolnie na jej szczyt wiązki chrustu. O zmierzchu zapalano w latarni dobry ogień. Jego światło wzmocnione lustrami sprowadzało bezpiecznie statki z odległości kilkudziesięciu kilometrów. Na jej szczycie wznosił się posąg Posejdona. Trwała tak przez nieomal tysiąc lat, do czasu gdy jej górne piętra zawaliły się, a może ktoś im w tym pomógł. Całkowitego zniszczenia dokonało trzęsienie ziemi w XIV wieku. Po jej wspaniałości i potędze pozostało niewiele. Do dziś nurkowie odnajdują na dnie morza śródziemnego szczątki posągów, murów.
Dziś na miejscu latarni wznosi się i strzeże Aleksandrii, zbudowany w XV wieku, fort Quaitbeja. Unowocześniony przez Muhammada Alego, posiadał również wewnętrzny meczet, podobnie jak cytadela w Kairze. Niestety, strzelisty minaret został wysadzony w powietrze przez Brytyjczyków w 1882 roku.
Wybieramy się do niego wcześnie, wycieczek jest jeszcze niewiele i rześkie powietrze sprzyja zwiedzaniu. W przedsionku i na wewnętrznym dziedzińcu rozstawiane są namioty, rozwieszane są czerwone transparenty. Nie jesteśmy w stanie przeczytać tekstów arabskich, ale ze znaku graficznego wnosimy, że cała impreza może mieć coś wspólnego z książkami. Może aleksandryjskie targi książki? Szkoda, że człowiek zna tak niewiele języków. Przykro, że wieża Babel upadła i tak zniweczyła ludzkie porozumienie. O ileż bylibyśmy bogatsi mogąc bez żadnych barier czerpać z wiedzy i doświadczenia innych...
Tu gdzie stoi fort, stała niegdyś latarnia na wyspie Faros.
[źródło zdjęcia: Internet]
A z okna zobaczyć można starego człowieka i morze :)
To co zostało z latarni...
czwartek, 24 lutego 2011
W gościnie u podróżnika, całkiem po sąsiedzku
Wczoraj z Inką wybrałyśmy się mimo -10 stopni mrozu z wizytą do niezwykłego człowieka. Całkiem po sąsiedzku, bo tylko pięćdziesiąt minut autobusem, do sąsiedniego miasta - Raciborza. Tę wizytę planowałyśmy od dawna, tylko zawsze coś wypadało i stawało na przeszkodzie. Leszka Szczasnego poznałam przy okazji planowania wyprawy do Egiptu na portalu Travelbit Forum. Później spotkaliśmy się na Couch Surfingu, czyli wszędzie tam gdzie trafiają podróżujący na własną rękę jak właśnie my z Ines. Leszek jest z wykształcenia politologiem i filozofem, z zamiłowania społecznikiem, fotografem, globtroterem. Wędruje po Europie i Bliskim Wschodzie, starając się spędzać w jakimś kraju na tyle dużo czasu, by wniknąć w jego społeczność i ją poznać. Oczywiście Leszek przyjął nas bardzo miło i gościnnie, uraczył ciekawą pogawędką na temat swoich podróży, przy herbatce podziwialiśmy jego fotografie i wymienialiśmy opinie między innymi na temat poszukiwania tanich lotów. Jednym słowem bardzo udany wieczór. Kupiłam również książkę jaką Leszek napisał o własnych podróżach "Świat na wyciągnięcie ręki". Z opisu na obwolucie: Ponieważ podróżuje naprawdę za grosze, jest żywym dowodem na to, że "chcieć to móc". Dociera w głąb danej kultury, często podważając związane z nią stereotypy. Porusza, rozśmiesza, koi, prowokuje - zachęca do odkrywania świata na własną rękę. I cytat "Udaję się w strony mniej sielankowe, na północny wschód od Cetinji. Z lubością wdzieram się nie-wiadomo-gdzie. Ludzie pukają się w czoło: "po co tam jedziesz? nic tam nie ma!". I jak mam im wytłumaczyć, że właśnie dla tego NIC tam jadę? Trzeba przecież również poznać niefolderowe oblicze danego kraju. Pomagając mi o zmroku w przesiadce do kolejnego samochodu, policjant pyta, czy nie boję się wilków. Zrozumiałem go dopiero wtedy, gdy zademonstrował odgłos tego zwierzaka. Mógłbym mu odpowiedzieć:"Panie władzo, jeśli te wilki mają takie braki w uzębieniu jak wy, to się nie boję". Część książki to również poradnik jak podróżować indywidualnie, tanio i bezpiecznie. Bardzo gorąco polecam. Można ją kupić poprzez stronę - blog Leszka http://leszekszczasny.blogspot.com/ , można go również zaprosić na slajdowisko :) Książka zawiera czarno-białe fotografie (świetne) i 287 stron.
I fragment, który mi od razu na samym początku się spodobał: "Istnieje jakaś dziwna, ukryta radość z przekraczania granicy jako czegoś zakazanego i strzeżonego. Ja, pierwszą granicę, czeską, mam 20 kilometrów od domu. Tuż obok niej mlecze zamieniają się już powoli w dmuchawce. Zrywam je, zdmuchuję jednego, drugiego... trzeciego też. Ooo! Nie ma! Zdmuchnięte! Wszystkie granice na świecie!! Mogę jechać dokąd chcę!!..."
I to chyba świetny cytat by powiedzieć Wam o moich planach. O bilecie na samolot, który zakupiłam, w przypływie szaleństwa i za namową córki "Kup mamuś i jedź, realizuj swoje marzenia. Ja się jeszcze w swoim życiu najeżdżę". Bo wizja braku pracy nie sprzyjała wydatkom razy dwa, które musiałabym przeznaczyć na nasz team, żeby wędrować bezpiecznie. Dzień później, po głosowaniu naszej rady miasta za likwidacją mojej szkoły pewnie bym się nie doważyła na ten krok. A tak bilet już zapłacony i kolejna podróż przede mną. To jeden z fragmentów moich marzeń. Czyli Istambuł, a następnie Syria, Liban, Jordania. To wszystko w ciągu 27 dni, na przełomie lipca i sierpnia, tym razem samotnie i oczywiście na własną rękę. A co będzie od pierwszego września, tego nie wie nikt...
Kilka zdjęć dla ogrzania ducha z letniej, sierpniowej Aleksandrii.
Zdjęcie Leszka, które powinnam odrzucić ale mi się podoba :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























































